książka

-Mamo, przyjechała dziś rano, jest w domu!
-Powiedz Kaja, jaka ona jest, jak wygląda?
-Jest piękna! Idealna! A dziś wigilia.
Na ekranie smartfona, patrzyłam na moje spełnione marzenie.

Był rok 2015sty, kiedy napisałam pierwsze zdanie na moim blogu, a kilka miesięcy później przeniosłam cały tekst do Worda, dodałam opisy oraz imiona. I tak pomiędzy pracą na etacie, skrobaniem marchewki na obiad, całodobowym dyżurze przy trójce dzieci, nogą w gipsie, pisałam dalej.
Dwa lata później.
Uklękłam na kolana i zaryczałam jak lew w pustym lesie.
Mam ją, skończyłam!!! Była trzecia nad ranem i tylko księżyc bił mi brawo za oknem.

Szybko znalazłam Elę do sprawdzenia tekstu i grafika do mojej wizji okładki.
Płynęłyśmy z korektą po oceanie poprawek. Nasz rejs trwał kilka tygodni w końcu wypadłam za burtę, nie dałam rady dalej wiosłować. Mdliło mnie od szumu przeszłości, którą analizowałam.

To był styczniowy wieczór 2013stego roku. Stałam w oknie. Z drugiego pietra naszego domu patrzyłam na fragment martwej ulicy, która odzwierciedlała mój stan w ciele i na męża skutego w kajdanki.
Radiowóz odjechał, a wraz z nim 12 lat razem.
W tej samej sekundzie kolorowa kredka w mojej głowie malowała pierwszą randkę, dom z ogrodem a w nim nasze dzieci.
Czarna, wulgarne słowa męża, zdrady i hotel, bo tak traktował nasz dom.
Jeszcze dwa lata temu, nie dałabym rady zadzwonić na policję gdyby nie Iwona chirurg mojej duszy.

To była stara kamienica w centrum Łodzi, a zdeformowane schody na czwarte piętro wydawały się nie mieć końca. Szłam z adresem w dłoni. Odpryski siwej farby lepiły się do podeszwy, jak mój lęk w ciele, oporny na zmiany. Wspinałam się po schodach do mojej wolności, wtedy nawet przez sekundę nie myślałam, że wezmę odpowiedzialność za swoje życie i będę zupełnie kimś innym, kiedy stanę w tym oknie. Kobietą, która wie czego chce.

Okładka była już gotowa, kiedy na kilka mil od brzegu wyrzuciło Elę. Pół roku dryfowałam sama, w końcu się odnalazła, a kiedy skończyłyśmy był luty 2019sty.
Powinnam być szczęśliwa ze sprzedaży online ale nie byłam, nie zależało mi na niej.
Książka była moją terapią po rozstaniu z mężem a dla córek miała być papierowym prezentem i to było moje marzenie. Trzymać ją w dłoni.
- Mamo dlaczego nie wydałaś jej tradycyjnie?
- Szukałam wydawcy. To droga inwestycja...
- Ale sprzedawałaś online?
- Tak Kaja przez kilka miesięcy, a potem ją wycofałam. Książka wylądowała w szufladzie, a marzenie głęboko w sercu.
Szukałam innego sposobu... Self publishing wydawał się najlepszą z ofert, jaką sobie złożyłam. Tym razem sama zwlekałam.
I wtedy w 2020 roku nastała niepewność...
Był październik i zapytałaś Kaja, jaki chcę prezent na urodziny? Odpowiedziałam. Wiem, jaki chcę prezent! I sama sobie go dam, bo życie jest takie kruche.
Przestałam czekać. Znalazłam drukarnię i napisałam e-mail, a kiedy czytałam odpowiedz, czułam już zapach farby.
Zrozumiałam, że odpowiedni moment nie istnieje i tylko ode mnie zależy, czy chcę sabotować swoje myśli czy spełniać marzenia.