samolot
Tak bardzo długo wyczekiwany lot – cz.33
Grudzień 6, 2014
prezent
Wesołych Świąt
Grudzień 24, 2014
Pokaż wszystkie

Długo wyczekiwana emocjonalna pauza – cz.34

pauza

Uwierzyłam w to, co mówił mój mąż. Jego zdziwiona mina i szybkie odpowiedzi na zadawane przeze mnie pytania, stuprocentowo zapewniały mnie, że mówi prawdę i nic nie kombinuje.
Pomimo tego, że zaskoczył mnie tą wiadomością, ucieszyłam się. Był to perfekcyjny moment, kiedy naprawdę chciałam od niego odpocząć.
Byłam wyczerpana psychicznie jego osobą, całym pobytem w Polsce i ciągłym czekaniem na niego wieczorami, czuwając i nasłuchując, kiedy otworzą się drzwi wejściowe. Dziś wiem, że na „własne życzenie”. Pełniłam pełnoetatowe zajęcie, bez żadnej przerwy na odpoczynek, zabierając sobie przy tym wolną przestrzeń, w której mogłabym swobodnie oddychać.
Pomogłam jemu się spakować, a właściwie zrobiłam to za niego. Zawsze tak robiłam. Wiedziałam to, przesadziłam nieraz, chyba za bardzo chciałam się o niego troszczyć.
W naszym związku nie pamiętam, czy od samego początku, czy już w trakcie jego trwania, ale na pewno pod koniec zaczęło przeważać moje matkowanie, co sama zauważyłam i do czego uczciwie się przyznaję.
Udzielałam mu porad, a raczej prawiłam morały, jak powinien żyć, co uważam za toksyczne dla nas, a co nie. Ogólnie podsumowując, mówiłam o tym, jak powinien wyglądać związek dwojga ludzi, którzy zdecydowali się założyć rodzinę, tym, że powinni dbać o jej dostatek i bezpieczeństwo…
Tłumaczyłam, że bycie ojcem nie polega na zabraniu dzieci do sklepu z zabawkami raz na jakiś czas. Może za bardzo chciałam, żeby żył tak jak ja to widziałam i wedle moich przekonań.
Być może za bardzo chciałam ograniczyć mu wolność, którą wyniósł z rodzinnego domu, obserwując w okresie dorastania postawę dojrzałych współmieszkańców. Być może więcej mówiłam niż słuchałam tego, co on chce mi powiedzieć. Nie wiem, popełniać błędy to rzecz ludzka. Na pewno nie chciałam zniszczyć naszego związku, raczej ratować coś, co zaczynało się walić, a czuć to było na kilometr.
Niestety nie posiadałam przepisu na życie, a wszystko, co robiłam, uważałam za słuszne, poparte wieloma faktami. I tak zapewne w jego oczach z partnerki i żony stałam się zrzędliwą babą, która ciągle mówi mu, jak ma żyć i co powinien zrobić. Nie zdając sobie przy tym sprawy, że sam dawał mi powody do takich, a nie innych spostrzeżeń z mojej strony kierowanych pod jego adresem.
Nie wiem, może z jego punktu widzenia właśnie to było przyczyną, że coraz bardziej z dnia na dzień oddalał się ode mnie, szukając kogoś, kto go zrozumie i zaakceptuje jego postępowanie. Co i tak w żaden sposób nie usprawiedliwiało tego, że dał sobie przyzwolenie, aby wracać do domu, kiedy tylko miał na to ochotę, okłamując mnie na każdym kroku.
Coraz mniej obchodziły go obowiązki domowe. Nawet doprosić się jego, żeby wystawił śmiecie na zewnątrz, było nie lada wyczynem z mojej strony, nie wspominając już o wkładzie własnym przy opiece nad naszymi dziećmi.
Pamiętam. Pogoda za oknem była nie za ciekawa, cały czas lało i było bardzo zimno. Rano musiałam zawieźć starsze dziewczynki do szkoły. Najmłodszej nie chciałam brać ze sobą, nie miałam serca ciągnąć jej w taki ziąb, było mi dziecka zwyczajnie szkoda.
Pomyślałam, że obudzę męża, niech przypilnuje małą do mojego powrotu. Tak też zrobiłam. Obudziłam go i wyszłam.
Kiedy wróciłam, nasza niespełna dwulatka siedziała przed telewizorem w salonie, on natomiast spał na piętrze w sypialni. Więc jaka ja miałam być?! Jak miałam reagować na jego brak odpowiedzialności? Powierzając mu nasze dziecko, doprowadziłam do tego, że pozostało ono bez opieki na prawie godzinę. Chwała Bogu, że nie wpadło w tym czasie na jakiś głupi pomysł i nie skończyło się to jakąś tragedią dla niej. Nawet nie chciałam wtedy dłużej wymieniać jemu, co mogłoby się stać. Dwupiętrowy dom, kuchenka gazowa, okna, schody… I to tylko dlatego, że nie chciało mu się podnieść tyłka z łóżka, będąc świadomym tego, że nie ma mnie w domu. Poleciał do Pakistanu…
Zostałam sama. Nie pomagał mi w obowiązkach dnia codziennego, więc fizycznie nie czułam żadnej różnicy, za to psychicznie brak jego obecności uzewnętrzniał się we mnie bardzo pozytywnie, że też się wtedy nie zorientowałam.
Byłam emocjonalną niewolnicą przy jego boku, którą sama sobie wykreowałam, ślepo wierząc, że wszystko mogę w nim zmienić i to on potrzebuje terapii, a nie ja. Widocznie kochałam za bardzo i bez umiaru…
Już nie musiałam słuchać jego wyimaginowanych problemów, jakie ma ze swoim bratem, dotyczących prowadzenia wspólnej firmy, ich wzlotów i upadków. Nawet kiedy radziłam mu od serca, on i tak mnie nigdy nie słuchał i robił po swojemu. Dopiero po jakimś czasie przyznawał mi rację. Kiedy grunt palił mu się pod nogami.
Miał głowę na karku i świetnie sobie radził w branży diamentowej, tego faktu nigdy nie zaprzeczę, ale problem polegał na tym, że nie szanował pieniędzy, które potrafił szybko zarobić.
Szastał nimi na lewo i na prawo. Oczywiście robił to poza domem, bawiąc się do ujrzenia pustego portfela, o czym nie wiedziałam, a tylko snułam domysły. I to go powoli gubiło.
Ufał ludziom, którzy nie byli tego warci, choć twierdził, że zna się na ludziach, niestety znaleźli się sprytniejsi od niego, od których mógłby się jeszcze wiele nauczyć…
Już nie musiałam każdego wieczoru spoglądać na zegarek z pytaniem do samej siebie, gdzie się znowu podziewa, dlaczego nie odbiera ode mnie telefonu. Nie zasypiałam zalękniona z myślą, że pewnie wróci nad ranem pijany i znowu będzie dzwonił do drzwi. Bo wtedy zrywałam się z łóżka jak „poparzona” i biegłam je otworzyć. Bałam się, by ciągłym naciskaniem na dzwonek nie obudził dzieci, tylko dlatego, że klucz pod wpływem alkoholu rzadko mu pasował do własnych drzwi.
On był daleko na innym kontynencie, w domu tylko ja i dziewczynki. Wtedy już małymi krokami zaczęło do mnie docierać, że mogłabym żyć inaczej. Jego obecność nie była mi do niczego potrzebna. Nie tęskniłam za nim aż tak bardzo.
Zauważyłam w sobie wewnętrzny spokój, więcej się śmiałam, z każdym dniem byłam bardziej zrelaksowana i wypoczęta. Nie musiałam na przemian zaprzątać swojej głowy jego osobą. Martwiąc się o niego, a zarazem wściekając na to, jak beztroskie prowadzi życie. Bardziej koncentrowałam się wtedy na potrzebach swoich i dzieci.
Kiedy nie było jego obok mnie, huśtawka nastrojów znikała w błyskawicznym tempie, niestety wracała jak bumerang w momencie, kiedy znowu stawał przede mną. Nie wiem do końca, co było powodem mojego zachowania. Może byłam zazdrosna o jego wolność, której sama nie miałam, i nie potrafiłam się do tego przyznać sama przed sobą?
Toksycznym związkiem zatruwałam sobie życie i zamiast coś zmienić w sobie, uporczywie czekałam na jego zmianę. Może było mi tak wygodniej, nie wiem, co wtedy siedziało mi w głowie i jak to sobie tłumaczyłam…

CDN

3 Komentarze

  1. Roksana pisze:

    Jakbym czytala o sobie ja prubuje sie troszczyc o wszystko w domu bo twierdzi, ze przeciez dom kupil dla mnie.Go ciezko dobrosic o zrobienie czegokolwiek w domu mimo ze oboje pracujemy on przynosi wszystkie pieniadze do domu ale jak nie zrobie awantury o smietnik to nie pomysli sam.Powoli przestaje juz prosic i krzyczec,upominac.Czesto bez niego wiecej sie smieje.

  2. Alicja pisze:

    Chyba to jest standartowe zachowanie .. Jak bym widziała po części mój związek…
    Beatko… czekam …Ciężko jest..

  3. Krzyś pisze:

    No proszę. Autor plus 5.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.