deszcz
Dla Dorotki
Styczeń 3, 2015
święto
Dla Magdy
Styczeń 16, 2015
Pokaż wszystkie

Spełniona obietnica telefon do wróżki – cz.35

słuchawka

Ciepłe wiosenne słońce i powiew wiatru obwieszczający zbliżające się lato wręcz kusiły mnie, abym jak najwięcej czasu spędzała na świeżym powietrzu, odkładając obowiązki domowe bez żadnego napięcia na później.
Pamiętam, że siedziałam wtedy w ogrodzie przy tarasowym stole z filiżanką kawy i chłonęłam promienie słoneczne, upajając się otaczającą mnie ciszą. Nagle przypomniałam sobie o telefonie do wróżki, której obiecałam, że jak tylko wrócę do domu, zaraz się do niej odezwę. A że minęło trochę czasu od mojej obietnicy, bez namysłu chwyciłam za słuchawkę i wykręciłam kierunkowy do Polski.
Świadomość tego, że męża nie ma w domu i nie przerwie mi rozmowy albo ja sama na jego widok nie będę musiała odkładać telefonu, była bardzo komfortowa.
Mojemu mężowi z biegiem czasu i to przestawało się podobać, choć sam rozmawiał w domu bez ograniczeń, a mi wiele razy było cholernie przykro z tego powodu. Jeżeli chciałam powiedzieć mu coś, czego nie zdążyłam zaraz po jego powrocie z pracy o przyzwoitej godzinie, to później nie miałam co liczyć na żadną komunikację z nim. Oczywiście był
obecny, ale tylko ciałem. W domu ograniczał się do zjedzenia kolacji, po czym siadał na kanapie i po wymianie dosłownie kilku zdań ze mną, sięgał po telefon. Miałam marne szanse, by coś później powiedzieć. Musiałam czekać, aż skończy rozmawiać, a czasem nawet zapominałam, co miałam mu do przekazania i szłam spać.
Czułam się wtedy jak cień, jak jakaś kuchta domowa, która tylko opróżniała zawartość popielniczki na zawołanie.
Nawet dziś mam przed oczami ten obraz. Siedzi, rozmawia przez telefon, ze wzrokiem skierowanym w moją stronę, podnosi popielniczkę, dając mi znak, że jest pełna. Bez żadnego słowa, chociażby „proszę”. Brałam ją wtedy i wysypywałam, choć drażnił mnie ten prostacki odruch z jego strony. Zaciskałam zęby, by na próżno nie komentować jego braku kultury. Znudziło mi się wychowywanie „dużego chłopca”. On i tak był pochłonięty rozmową i moja uwaga dotycząca dobrych manier niczego by nie zmieniła. Uznawałam, że nic mi się nie stanie, jak bez walki o uprzejmość wysypię ją do kosza, żeby „lord” mógł swobodnie rozmawiać, nie ruszając się z kanapy. I to był mój błąd! Sama go tego nauczyłam. Wtedy liczyłam tylko na krótkie „dziękuję”, ale nigdy takie słowo nie wypłynęło z jego ust. Zapewne w jego oczach byłam tylko służącą. Takie odnosiłam wrażenie. Prawdopodobnie sądził, że należy to do moich obowiązków, skoro milczałam.
Z kultury nabytej w kraju, z którego się wywodził, można byłoby tak wnioskować. Nie wykluczając przy tym faktu, że mógł robić te gesty nieświadomie, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo mnie rani. A może to był mój błąd? Nigdy z nim o tym nie rozmawiałam i nie wiedział, jakie to we mnie wywołuje negatywne uczucia.
Jakby nie patrzeć, to i tak nie zwalniało go to z obowiązku wypowiedzenia magicznego słowa „proszę”. Jak mogłam się aż tak nie szanować? Do dziś się zastanawiam. Czego oczekiwałam? Ukłonów, aprobaty, a może chciałam, żeby docenił to, jaka jestem dla niego dobra i jaka jestem posłuszna? Nie wiem.
Kiedy on wydzwaniał, nigdy nie dałam mu odczuć, że jest to dla mnie męczące. Szczególnie nocami, kiedy echo niosło słowa po całym domu. Sporadycznie, ale jednak zdarzało się, że wstawałam z łóżka, grzecznie prosząc, żeby zniżył ton głosu ze względu na dzieci śpiące za ścianą.
Nie docierało to do niego w żadnym stopniu. W końcu przestałam go upominać. Nie przeszkadzałam mu w rozmowie, chodząc z kąta w kąt, burcząc coś pod nosem z niezadowoloną miną wyrażającą brak akceptacji, co wyrywało go z dialogu z rozmówcą, jak to on miał w zwyczaju robić w stosunku do mnie, kiedy tylko widział słuchawkę w moim ręku.
Jeżeli mówiłam w obcym języku, a on rozumiał wszystko, siedział cicho, ale jak tylko rozmawiałam po polsku, wstępowało coś w niego i próbował za wszelką cenę zakłócić moje myśli.
Buntowałam się wiele razy, sypiąc jak z rękawa argumentami. Tłumaczyłam, że nie ma prawa zabraniać mi kontaktu z przyjaciółmi i jeżeli już rozmawiam, to cierpliwie powinien poczekać aż skończę. Moje rozmowy nie trwały godzinami.
Patrzyłam mu prosto w oczy i mówiłam, że powinien zdawać sobie sprawę, że przy trójce małych dzieci jest to dla mnie jedyna odskocznia porozmawiać z kimś w moim przedziale wiekowym. Niestety, nie docierało to do niego. Moje gadanie było jak rzucanie grochem o ścianę, nic nie wnosiło.
Później odpuszczałam dyskusje na ten temat, wolałam urywać rozmowy lub dzwonić do przyjaciół po uprzednim upewnieniu się, że szybko nie zobaczę go w domu i nie będzie mi notorycznie przeszkadzał.
On był wolny, ja uwięziona w moich czterech ścianach. Dodam, że na swoje własne życzenie.
Nie miałam nigdy możliwości, nawet od czasu do czasu, spotkać się ze znajomymi na mieście czy pójść do kawiarni na kawę z przyjaciółką bez towarzystwa moich małych dziewczynek, bo zabierałam je ze sobą dosłownie wszędzie, i choć na chwilę odsapnąć od rutyny dnia codziennego.
Nawet jeżeli zostawiłabym dzieci z nianią, a miałam taką możliwość, niestety nie mogłam i nie chciałam skorzystać z tej opcji, a raczej zwyczajnie się bałam. Nie chciałam wywoływać niepotrzebnej kłótni między nami dotyczącej mojego wyjścia z domu w nieznanym, jak uważał,
przez niego kierunku, choć zawsze byłam z nim szczera, gdzie idę i co robię. Znał każdy mój ruch.
Na niego samego nie mogłam liczyć. Ojciec dziewczynek nie miał dla nich czasu, aby z nimi choćby sporadycznie posiedzieć w domu, odciążając mnie od codziennych, domowych obowiązków, pozwalając mi przy tym odsapnąć, darując trochę wolnej przestrzeni przeznaczonej tylko dla mnie. Wiecznie zajęty i nieobecny. Na samą propozycję z mojej strony przypilnowania dzieci marszczył czoło, więc o moim wieczornym wyjściu na plotki mogłam raczej pomarzyć, a najlepiej wybić to sobie z głowy w trybie natychmiastowym.
Zakładając nawet, że udałoby mi się wyskoczyć na babski wieczór i trochę zmienić napięty plan dnia, i tak rozpętałoby to wojnę między nami.
Powodem była jego niczym nie kontrolowana zazdrość, która przerodziła się w nim samym w obsesyjną chorobę wyłączności dla nabytej przez niego własności, czyli mnie.
Jego argumenty, stanowcze i niepodważalne, że na pewno chcę go okłamać i zamiast spotkać się z koleżankami, ja na pewno chcę się spotkać z facetem, gdzie w rezultacie wyląduję z nim w łóżku, były żenujące.
Nie chciałam słuchać takich wywodów z jego strony, które nie miały uzasadnienia. Nigdy nie dawałam mu żadnych powodów, aby tak myślał. Dlatego dla świętego spokoju nas wszystkich wolałam siedzieć w domu.
Dziś wiem, że siedziało w jego głowie coś, co sam robił. Mam tu na myśli łajdactwo na lewo i prawo, co zapewne na jakimś poziomie go dręczyło, więc swoimi pomyłkami i własnym wewnętrznym poczuciem winy chciał obciążyć właśnie mnie. Wmawiając mi coś, co nie istnieje.
Dzięki Bogu nigdy nie dałam się zdołować i wrobić w poczucie winy, choć były momenty, że niewiele brakowało, abym uwierzyła w to, co o mnie mówi. Nieraz powtarzał, że to, co robi i jak się zachowuje, to przeze mnie.
Dziś zgodzę się z powiedzeniem, że „każdy sądzi po sobie”. Wystarczy posłuchać drugiego człowieka, co ci zarzuca i wszystko można wyczytać, jak na dłoni, co siedzi w twoim oskarżycielu i jakie nosi on w sobie poczucie winy, którym próbuje regularnie obarczać twoją osobę…
Numer się zgadza, nikt nie odbiera.
I kiedy już chciałam odłożyć telefon z myślą, że spróbuję później, usłyszałam ciepły głos w słuchawce:
— Halo?!
Jak przy ostatniej wizycie, spokojna i opanowana. Nie to, co ja, strzępek nerwów. Chaotycznie budowałam zdania, na samą myśl o minionych wydarzeniach.
Opowiedziałam jej wszystko, krok po kroku, co wydarzyło się, kiedy wyszłam, zamykając za sobą drzwi jej apartamentu, do chwili obecnej…

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.