romans
Ukryty romans tak blisko mnie – cz.3
Maj 22, 2014
lądowanie
Kierunek Pakistan to droga po własne dzieci – cz.5
Maj 27, 2014
Pokaż wszystkie

Rozstanie z dziećmi bardzo bolało- cz.4

wzrok

Dni mijały. Nic nie wskazywało na poprawę stosunków między nami. Wracał do domu, siadał i myślał. Ja zresztą też.
Pamiętam tamten sobotni wieczór. Rozmawialiśmy o dzieciach, martwiłam się, dlaczego nasza ośmiomiesięczna córeczka budzi się co noc z płaczem. Przecież nic jej nie dolegało. Po dłuższej ciszy pomiędzy nami powiedział mi, że zna kogoś, kto w naturalny sposób przegoni zauroczenie. Wydawało mi się to całkiem rozsądnym pomysłem.
– Jeśli to ma pomóc, to czemu by nie spróbować? – myślałam wtedy.
Ludzie potrafią zauroczyć dziecko nawet nieświadomie. W Polsce tradycyjnie nad takim dzieckiem rozbija się rytualnie jajko i problem niewyjaśnionego płaczu znika. Nigdy tego nie praktykowałam, ale słyszałam o tym. Zaproponował, że z samego rana pojedzie do tego człowieka…. a przy okazji dziecko otrzyma indywidualny łańcuszek z amuletem. Noszony na szyi miał on gwarantować wewnętrzny spokój i ochronę… Nie ma nic do stracenia? Jeśli nie pomoże, to na pewno i nie zaszkodzi – pomyślałam. Skoro jedna będzie miała taki amulet, to niech i druga ma, w końcu dla nich obu pragnęłam szczęścia. Jak się później okazało, znowu dałam się nabrać…
Jak ustaliliśmy, tak też i zrobiliśmy. Z samego rana przygotowałam dziewczynki do drogi, wraz z całą instrukcją, jak ma się nimi opiekować. Starsza córka bardzo się buntowała, nie chciała się ubrać. Młodsza prawie wypadła mi z wózka. O co chodzi!? – myślałam. – Co się z nimi dzieje? Przyznam, że od porodu drugiego dziecka mąż nie poświęcał nam zbyt wiele czasu, był wiecznie zajęty lub nieobecny, ale wciąż nie rozumiałam, dlaczego dziewczynki tak reagowały na wyjście z własnym tatą. Przecież nie zrobiłby im nic złego?
W końcu udało mi się je z trudem wyszykować, jak nigdy wcześniej. Dostały ode mnie duże buziaki, po czym pomogłam im dotrzeć do windy. Kiedy tak już cała trójka stała w niej nieruchomo, jakby ktoś właściwie zabronił im oddychać, wpatrzeni we mnie, on nacisnął palcem guzik parteru. Patrzyłam na moje bezbronne aniołki i wtedy przez głowę przez jakiś ułamek sekundy przemknęła mi dość dziwna myśl: To ostatni raz, jak was widzę, moje małe. Ale kiedy zamknęły się drzwi windy, szybko przegoniłam tę czarną chmurę obwieszczającą nieszczęście. Wyjrzałam przez okno, mignął mi jeszcze przed oczami widok całej trójki, po czym zniknęli za murami. Około szesnastej powinni być z powrotem w domu. Zabrałam się za porządki i przygotowywanie obiadu. Spieszyłam się, bo chciałam jeszcze przez chwilę poleżeć w wannie.
Nie miałam zbyt często takich okazji, zawsze szybki prysznic i tyle. O chwili relaksu z dwójką małych dzieci można było tylko pomarzyć. Nawet późnym wieczorem któreś mogło zapłakać, więc musiałam być czujna.
Robiłam porządki dość nerwowo. Czułam dziwny wewnętrzny strach, może dlatego, że zostałam zupełnie sama. Na dodatek przypomniała mi się ubiegła noc, kiedy to starsza córka obudziła mnie swoim płaczem. Gdy pobiegłam do jej pokoju, przez sen wypowiadała przestraszonym głosem bardzo wyraźnie krótkie zdanie, kiwając głową na boki:
— Mamo, ja zostaje tutaj!!! Ten sam tekst powtórzyła ze trzy razy. Gdy już poczuła moją dłoń na swoim czole, niepokój odszedł. Przypomniały mi się również słowa bratowej mojego męża, która była żoną jego starszego brata, z którą to miałam dobry kontakt… Czasami rozkładałyśmy karty tarota, nie brałam wszystkiego na poważnie. Traktowałam to z lekkim dystansem. Taka odskocznia od szarej codzienności. Niedawno była u mnie i sama zaproponowała, że rozłoży mi karty. Gdy zaczęła interpretować układ tarota, właściwie mówiła tylko o dzieciach.
– Masz na nie uważać! Nie zostawiaj ich samych! – powiedziała poważnym tonem, patrząc mi prosto w oczy. Co ona tak z tymi dziećmi?! – pomyślałam zdziwiona nie pytając o nic więcej. Nie brałam tego na poważnie. Zawsze byłam razem z nimi, więc co mogłoby im się stać?….
Od nawału wszystkich myśli z poprzednich dni ogarnął mnie dziwny niepokój. Czułam go w swoim ciele bardzo wyraźnie, nie mogłam od tego momentu znaleźć sobie miejsca w domu, nawet kąpiel nie dała mi efektów w postaci relaksu. I to zachowanie mojego męża?
Chodziłam z kąta w kąt, patrząc co chwilę na zegarek. Zadzwoniłam do niego. Nie odbierał… Może oddzwoni? Czekałam. Telefon milczał. Później dzwoniłam co chwilę jak szalona, ale był wyłączony. Może ich coś zatrzymało? Rozładował się telefon? Wypadek samochodowy i on nie ma skąd zadzwonić, może jest nieprzytomny, a dzieci? Dziwne głupie myśli biegały po mojej głowie i te rzeczywiste, i te wyimaginowane.
Nie chciałam zostać z tym sama. Późnym wieczorem wykręciłam numer do mamy mojej koleżanki jeszcze z piaskownicy, która mieszkała blisko mojego domu. Często do nas przychodziła, a dzieci traktowały ją jak babcię, mogłam na nią liczyć w każdej sytuacji…
Siedziałyśmy na szerokim marmurowym parapecie przy oknie w moim salonie i zastanawiałyśmy się, co mogło się stać… Pamiętam, że wybiła północ. W pewnym momencie zmęczona oczekiwaniem i zdezorientowana całą sytuacją powiedziałam z lekką nutą goryczy:
— Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby dziewczynki były już daleko poza granicami kraju, w Pakistanie. Spojrzała na mnie i chyba czuła to samo, co ja…
I tak się stało. Rano słowa okazały się prawdziwe. Nie wrócił. Poszłam na policję i wyjaśniłam moje przypuszczenia. Odesłali mnie z kwitkiem i kazali zgłosić się następnego dnia. Takie procedury… Wróciłam do pustego domu.
Nie dawałam jednak za wygraną, zadzwoniłam na niebieską linię. Opowiadając funkcjonariuszowi prawa całą historię od początku, błagając o pomoc, szlochałam do słuchawki. Coś zadziałało i ominięto procedury…
Po jakiejś godzinie od mojej rozmowy z policją federalną zadzwonił do mnie telefon z lokalnej policji, miałam wrócić i złożyć zeznania. Ucieszyła mnie ta wiadomość, nie musiałam już czekać kolejnej doby. Na policję z mojego polecenia wezwali również jego brata. Udawał zaskoczonego. Patrzył raz na mnie, raz na policjanta i bez żadnych skrupułów kłamał. Nie wierzyłam mu!!! Miałam ochotę w obecności policjanta uderzyć go czymś ciężkim w głowę, żeby przestał kłamać i powiedział prawdę. Jego żona musiała coś słyszeć, a on nie!? Dziwne… — pomyślałam. Bez uprzedzenia przyszła do mnie na kilka dni przed porwaniem. Najwyraźniej chciała mnie ostrzec, w trochę głupi sposób, ale być może miała swoje powody…
Siedząc na policji, nie słuchałam już, co mówi do mnie policjant, ani tego, co łga funkcjonariuszowi prawa brat męża, tylko myślałam i myślałam… Co ja tutaj, do cholery robię, marnuję tylko czas!!!
W obecnej chwili nie mogą zbyt wiele dla mnie zrobić?! — Uświadamiałam sobie z sekundy na sekundę…Funkcjonariusz patrzył na mnie z politowaniem. Zaproponował mi psychologa.
— Nie mam czasu na psychologa — odpowiedziałam grzecznie.
Wyszłam z komisariatu. Szłam do domu szybkim krokiem z przekonaniem, że muszę coś zrobić, nie potrafiłam biernie przyglądać się wszystkiemu. Zanim jeszcze opuściłam komisariat, miałam już w głowie wstępny plan, światło w tunelu…
Trudno mi opisać, co wtedy czułam po utracie dzieci. Bałam się we własnym domu podchodzić do okna, żeby nie wyskoczyć z piątego piętra z żalu i tęsknoty za dziećmi. Była przy mnie moja przyjaciółka wraz ze swoją mamą. Obie pilnowały mnie na zmianę, każdego mojego kroku, jaki robiłam. Nawet jak szłam do pobliskiego sklepu i dłuższą chwilę nie wracałam, zaraz przy mnie były. Do dziś jestem im wdzięczna za pomoc i cierpliwość, wiele dla mnie w tym czasie zrobiły.
Wszystkie leki z mojej apteczki poszły centralnie do śmietnika na moje własne życzenie, bałam się, że mogę wziąć i przedawkować. Jadłam na siłę, zasypiałam z pigułką… Wiedziałam, że muszę żyć dla moich córek. Jedna myśl, która mi towarzyszyła, była oczywista: Wszystko mi jedno, co się ze mną stanie, nie zależy mi na moim życiu bez nich i tak nie ma ono dla mnie żadnej wartości. Gotowa jestem zginąć za nie albo je odzyskać i tulić mocno w ramionach, będę przy nich albo mogę umrzeć…Nic innego nie miało znaczenia.
Do mojego partnera miałam straszny nie do opisania żal, przeplatany niekiedy nienawiścią. Dzieci to nie meble, że ot tak, po prostu można je przenieść w inne miejsce lub wyrzucić. To są żywe małe istotki, które mają swoje maleńkie uczucia…
Za co to? Dlaczego tak postąpił? — zadawałam sobie ciągle pytania, które przeplatały się z myślami o dziewczynkach. Jak im jest? Co czują, kiedy nie ma przy nich mamy? Czy są najedzone? Nie płaczą?… i wiele, wiele innych pytań kłębiło się w mojej głowie, bez odpowiedzi…
Przeszukałam wszystkie segregatory, jakie posiadał mój mąż, kartka po kartce. Chciałam być pewna, że mam właściwy adres do jego rodziców. Przy okazji odkryłam kilka ciekawych informacji…
Dwa dni po całym zdarzeniu do mojego domu przyszedł brat męża i poinformował mnie już oficjalnie, bez żadnych krętactw, że dzieci przebywają w Pakistanie. Nie zdziwiła mnie ta informacja. Spokojnie podeszłam do tego, co mi ujawnił, choć jeszcze nie tak dawno udawał zaskoczonego… Rozmawialiśmy chwilę. Prosiłam o wyjaśnienia, ale on nie bardzo chciał się w to mieszać. Przypuszczałam, że wysłała go do mnie jego rodzina na zwykłe przeszpiegi…
Kilka minut po wizycie brata mojego męża, kiedy zostałam sama z huraganem myśli… zadzwonił telefon. Usłyszałam w słuchawce jego głos. Zamarłam ze słuchawką w ręku, nie wiedziałam, od czego zacząć. Pozwoliłam mu na pierwsze słowa, by niczego nie zepsuć. I wtedy usłyszałam jego stale obecne:
— Czy wszystko dobrze?
Zbierałam myśli, by mu coś w miarę sensownie odpowiedzieć, coś, co by do niego dotarło. Nie czekał zbyt długo na moją odpowiedz. Dodał właściwie natychmiast, że to, co jest w domu, mogę sprzedać, a kaucję za mieszkanie zachować dla siebie…Tak jakby to teraz było dla mnie ważne. Jaki on miłosierny!!! Kręcąc głową w obie strony, z niedowierzaniem słuchałam tego, co plótł do słuchawki. Zwyzywałam go w myślach, jak tylko mogłam. Myślałam wtedy, że zwariuję. Uprowadził dzieci i teraz pyta, czy wszystko dobrze! Uważał, że czas wyleczy rany rozstania i zapomnę. A sprawy materialne zrekompensują mi mój ból…
Chyba naprawdę oszalał! Kretyn! Ciśnienie rosło mi z minuty na minutę. Twierdził, że dzieci nie ma w jego rodzinnym domu, ale są zdrowe i nic im nie jest. Nie krzyczałam, choć miałam na to ochotę. Wiedziałam, że jeśli emocje wezmą górę, stracę z nim kontakt na zawsze. Po chwili odłożył słuchawkę bez słowa. Nie było na co dłużej czekać, byłam gotowa zrealizować swój zamierzony plan, który wpadł mi do głowy jeszcze na komisariacie.
Wycofałam z banku wszystkie oszczędności, o których nie wiedział, a był przekonany, że dużo wydaję. Wykręciłam numer do detektywa, a pięć dni po jego ucieczce z dziećmi znalazłam się już w Polsce.
Poprosiłam moje przyjaciółki od serca, aby sprzedały wszystko, co było w domu, w którym razem mieszkaliśmy. Nie z polecenia ojca dziewczynek, bo miałam gdzieś, co do mnie mówił, ale wymagała tego sytuacja. Ubrania dzieci miały spakować i wysłać do mojego domu w Polsce.
— Bardzo mocno was proszę, rozwiążcie wszystkie umowy najmu lokalu, elektryki, gazu… I oddajcie klucze właścicielowi, ja nie mam do tego głowy…
CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.