myśli
Niewiarygodne ale jak najbardziej prawdziwe – cz.38
Marzec 27, 2015
imieniny
Dla Ani
Czerwiec 2, 2015
Pokaż wszystkie

Koktajlowe wieczory we dwoje – cz.39

picie

Wakacje rozpoczęły się na dobre. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będą to nasze ostatnie wspólne wakacje.
Zachowanie mojego faceta wcale nie wskazywało na poprawę relacji między nami i nic w jego postępowaniu ani w moim postrzeganiu jego osoby nie wróżyło pojawienia się na horyzoncie naszego życia pozytywnie uzdrawiających nasz związek zmian.
Właściwie każdego dnia biłam się z myślami. Nie byłam wciąż na tyle silna, żeby definitywnie zamknąć rozdział naszego wspólnego życia. Nie miałam bladego pojęcia, kiedy ta radykalna decyzja zapuka do mojej świadomości, a raczej czekałam, aż dachówka obsunie mi się na głowę albo ktoś walnie mnie cegłówką i to porządnie, abym uświadomiła sobie, że nigdy nie będzie odpowiedniego momentu na rozstanie, zaś wszystkie, wymyślone przeze mnie wcześniej scenariusze, zakładające, co może mnie czekać, legną w gruzach i że nie warto odkładać w czasie czegoś, co i tak musi się wydarzyć.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko popracować bardziej intensywnie nad własnymi myślami i zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że jeśli odejdę od niego, będę musiała przez to wszystko
przejść, kosztem nie wiadomo jakich emocji, niezależnie, czy tego chcę, czy nie, bo nie da się tak po prostu uciec od zapisanego w księdze wieczności przeznaczenia.
Miałam wrażenie, jakby ten nasz nowy dom był początkiem czegoś nowego, a zarazem końcem czegoś, co jest nieuniknione i zbliża się do naszej sfery życia wielkimi krokami.
Planowaliśmy pod koniec tych wakacji wyjazd na Majorkę. Nie, żebym bardzo chciała znowu z nim gdzieś jechać… Wizja wspólnego wyjazdu z mężem nie wywoływała u mnie szczególnego zainteresowania, ale ze względu na dzieci uznałam, że należy im się trochę zmiany, choćby otoczenia i przy tym doświadczenia czegoś nowego, mimo ich młodego wieku.
Najmłodsza córeczka nie posiadała dokumentu uprawniającego ją do wejścia na pokład samolotu. Na wyrobienie jej odpowiedniej karty było za późno — biurokracja jak wszędzie, na wszystko trzeba było czekać, a termin mieliśmy już zarezerwowany. Została pod opieką mojego taty, a my całą czwórką wybraliśmy się na kilkudniowe wakacje.
Plaża, słońce, przejrzysta woda i piękne widoki budziły w duszy każdego człowieka chęć do życia.
Choć nie było to według mnie miejsce na wakacje z dziećmi w przedziale wiekowym 8–10 lat, a już na pewno nie na spacery po zachodzie słońca, gdzie królowała młodzież, która ledwie ukończyła 18 lat, a nawet zdarzali się i młodsi imprezowicze, pozbawieni jakichkolwiek skrupułów oraz szacunku dla samych siebie i otoczenia, w którym się znajdowali.
Od wschodu słońca i jak długo było to tylko możliwe spędzaliśmy czas na plaży, a raczej ja z dziećmi, bo on spał do południa, potem przychodził do nas, ale nie zagrzewał miejsca na długo, ciągle gdzieś znikał za dnia, nawet nie pytałam dokąd idzie. Patrzyłam tylko na jego pusty leżak, mówiąc do samej siebie trochę ironicznym akcentem:
— Nie licz na to, że spędzi z tobą każdą chwilę. Spodziewałaś się tego, więc korzystaj ze słońca i nie zawracaj sobie głowy marną kopią wymarzonego mężczyzny.
Poza wylegiwaniem się na plaży urządzaliśmy sobie całą czwórką wycieczki do miasta. Zwiedzaliśmy zabytki architektury, robiliśmy pamiątkowe zdjęcia oraz kosztowaliśmy tradycyjnej,
regionalnej kuchni.
Muszę przyznać, że w tym czasie, jak i przez cały pobyt na Majorce, mąż zachowywał się dość przyzwoicie, jak przystało na dojrzałego mężczyznę, i poza krótkimi zniknięciami, jego
towarzystwo było całkiem do zniesienia. Zupełne przeciwieństwo tego, co pokazał przy naszej ostatniej wizycie w Polsce, gdzie najadłam się wstydu co niemiara i zszarpałam nerwy do granic moich możliwości.
Może te wszystkie „czary-mary” przyczyniły się do jego bardziej przykładnego zachowania na jakimś minimalnie wyższym poziomie, ale i tak nawyki, które wyrobił sobie do tego czasu, czy to z przyczyny zesłanej na niego klątwy, czy też nie, zadomowiły się na dobre i pozostały w jego stylu bycia, nie ulegając całkowitemu zniszczeniu.
Pomiędzy naszymi miejskimi wędrówkami po zabytkach często ciągnęło go do kawiarni, by choć trochę posiedzieć i przy okazji wypić jakiegoś drinka. Zwyczajnie wyczuwałam, że nie przejawia zainteresowania średniowiecznymi budowlami. Bardziej interesowałyby go średniowieczne kawiarnie i bary, które serwowałyby zimne drinki, ale takich niestety nie było w okolicy. Wtedy zapewne z odpowiednią mapą w ręku chętnie by je zwiedzał. No cóż, każdy ma inne zainteresowania.
Miał do tego prawo — myślałam i nie prawiłam mu z tego powodu żadnych morałów.
Wieczorami dziewczynki padały do łóżka jak przecinki zmęczone po całym dniu zabawy i wrażeń.
My zaś wtedy wychodziliśmy na miasto, nie oddalając się za daleko od hotelu. Na wszelki wypadek, gdyby coś wybudziło je ze snu, byliśmy blisko, co zapewniało im bezpieczeństwo.
Wybieraliśmy przypadkowe miejsca: raz na dziedzińcu hotelowym, raz tuż poza bramą… miejsca naszego zakwaterowania. Siadaliśmy sobie na tarasie, popijając koktajle, wybrane przypadkowo z bogatego menu.
Rozmawialiśmy jak za dawnych lat. Oczywiście Asan przejawiał oznaki zazdrości o mnie, kiedy inni mężczyźni zatrzymywali swój wzrok na mojej osobie.
Myślałam sobie wtedy:
Śmieszny jesteś, od czasu do czasu wyrażasz swoje emocje, kiedy widzisz, gdy ktoś na mnie spojrzy, według twojej chorej wizji, „inaczej”, z większym pożądaniem, ale nie zastanawiasz się, ilu facetów patrzy na mnie, kiedy nie ma cię obok mnie na co dzień, kiedy idę ulicą, stoję w kolejce w sklepie lub w parku, kiedy ktoś siada na ławce obok mnie, gdy jestem tam z dziećmi lub w wesołym miasteczku i w każdym innym miejscu na ziemi, zupełnie sama, bez ciebie… Więc jaki sens jest teraz psuć sobie humor przypadkowym spojrzeniem? Nie rozumiałam logiki tego faceta, choć bardzo się starałam!
Po czym wracałam do rozmowy, jak gdyby moje myśli cały czas koncentrowały się na tym, co do mnie mówił.
Wszystkie problemy zostawiliśmy w domu, żadne z nas nic nikomu nie wypominało. Żyliśmy chwilą, jakby przeszłość nie istniała, i odnosiłam wrażenie, jakbyśmy się dopiero co poznali, a on zaprosił mnie po raz pierwszy do kawiarni na drinka, a potem do restauracji na kolację.
Pomimo naszych wspólnie spędzonych nastrojowych wieczorów, przesiąknięta jego obojętnością już nie wierzyłam w to, że zmieni się on na lepsze. Nie wierzyłam, że chce spróbować po raz kolejny od nowa. Wszystkie takie deklaracje z jego strony traktowałam z dużym dystansem. Straciłam chyba wiarę w nasz związek, za dużo już słyszałam powtarzających się jak mantra tych samych słów, oznajmiających mi, że może być między nami inaczej, oczywiście dających mi delikatnie do zrozumienia, że ta zmiana powinna nastąpić u mnie.
Po wyciągnięciu głównego wątku z jego płynnie składanych zdań, z wewnętrznym oburzeniem, nie psując tym samym na zewnątrz sielankowego nastoju, jaki był obecny między nami, bo i tak nic by do niego nie dotarło, a tylko zniszczyłoby nam i przy okazji dzieciom wakacje, dla których właściwie znaleźliśmy się oboje na tej wyspie. Zaciskałam zęby i burczałam cichutko pod nosem do samej siebie.
No tak, to moja wina!!! Że niby to ja wracam do domu jak do hotelu, zaniedbuję domowe obowiązki. Zachowuję się jak prostak poza domem, nie szanuję ludzi. Zapominam o terminach płatniczych, szkolnych przedstawieniach, na nic nie mam czasu itp.!!! Nie ma sensu wyliczać dalej…
Wróciliśmy z wakacji wypoczęci, cali i zdrowi. Towarzyszył nam wszystkim dobry humor. Choć w życiu wszystko, co piękne, nie trwa wiecznie, to i tak przez te kilka dni zdążyliśmy wszyscy się zregenerować, nabierając nowych sił do życia. Jednym słowem naładowaliśmy baterie, a w szczególności ja zresetowałam się na dobre, wkraczając w niewiadomą i zastanawiając się, co dalej…

To nie musi być dla Ciebie koniec?! Jeśli chcesz poznać dalsze losy bohaterów kliknij tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.