widok
Londyn tam się spotkałyśmy – cz.16
Czerwiec 24, 2014
dłoń
Życie podjęło decyzję wesela nie będzie – cz.18
Czerwiec 28, 2014
Pokaż wszystkie

Kryzys który prowadzi do ślubu – cz.17

materiał

Życie toczyło się swoim tempem. Wpadliśmy w totalną rutynę.
Coraz rzadziej razem gdziekolwiek wychodziliśmy zaś o romantycznych wieczorach we dwoje mogłam sobie tylko pomarzyć. Kiedy go prosiłam, aby nam towarzyszył np. w wycieczce do zoo lub jechał z nami nad jezioro, szukał wielu wymówek…Dobrze wiedziałam, że gdyby tylko chciał, znalazłby dla nas czas. Niestety, on szukał wszelakich możliwych pretekstów, jakby stronił od naszego towarzystwa. Dopiero kiedy stanowczym głosem zaczęłam nalegać, po wielkich oporach wychodził z nami, a ja miałam wrażenie, że robi to z łaski. Nie wiem, może i trochę mojej winy w tym było, może gdzieś przesadziłam.
Odsunęłam nieświadomie od niego dzieci, wszystko robiłam przy nich sama. Coraz mniej miałam czasu dla niego i coraz mniej poświęcałam uwagi temu, co do mnie mówi. Zawoziłam i odbierałam dzieci z przedszkola. Robiłam zakupy, wyręczałam go we wszystkich sprawach domowych, pracując przy tym na pełny etat. On nie narzekał: ugotowane, posprzątane, rachunki zapłacone w terminie… Zapewne nieraz odczuł, że nie ufam mu na tyle, aby zostawał sam na sam z dziećmi.
Zwyczajnie się bałam, ciężko było to wszystko pogodzić. Tak bardzo mocno w podświadomości zadomowił się u mnie strach o dzieci. Nic nie mogłam na to poradzić. Kochałam go, a jednocześnie nie ufałam do końca. To było chore z mojej strony, czułam się bezradna i nie było mi łatwo… Może po drodze popełniłam jakieś błędy dotyczące naszego związku, ale kto ich nie popełnia? Zastanawiałam się nie raz i nie dwa, patrząc na nas, czy może znowu mu się znudziłyśmy.
Coraz częściej sięgał po kieliszek, chwilami był agresywny, ale nie podnosił na mnie ręki. Poza tym jednym razem, kiedy odkryłam jego romans z żoną wspólnika. Wykonał ten zamach na moją kobiecość jeszcze tylko jeden raz. Zabolało, nie ukrywam, ale on zapamiętał ten moment na zawsze.
A było to wtedy, kiedy odwiedzili nas znajomi.
Siedzieliśmy wszyscy razem przy suto zastawionym stole. Humor dopisywał całej naszej czwórce. W pewnym momencie mój facet niespodziewanie, uderzył mnie z otwartej ręki w policzek. Ubzdurał sobie, że patrzę na przyjaciela koleżanki, pożądliwym wzrokiem…
Wiem, był obsesyjnie o mnie zazdrosny, natomiast alkohol jeszcze utwierdził go w chorym przekonaniu… Zamurowało mnie, goście nasi też byli pod wrażeniem, nikt nic nie skomentował. Zapadła chwilowa cisza, po czym wróciliśmy do rozmowy, udając, że nic złego się nie stało.Nic nie zrobiłam, nawet go nie upomniałam…W moim ciele wszystko się gotowało ze złości do niego i wstydu przed znajomymi. Niech tylko wszyscy wyjdą! – pomyślałam z pogardą o nim. Rozmowa przestała się kleić… Goście dość szybko się zorientowali po całym incydencie, że powinni zostawić nas samych. Pożegnaliśmy znajomych. Kiedy zamykałam za nimi drzwi, wstąpił we mnie jakiś demon nienawiści… Niewiele mówiąc, podeszłam do niego, zacisnęłam pięść i uderzyłam go z całej siły w okolice nosa.
Nie wiem skąd miałam tyle odwagi, nie obchodziło mnie wcale, czy mi odda, czy nie. Nigdy się tak wcześniej nie zachowywałam, coś we mnie wstąpiło, nie poznawałam samej siebie ani swojej reakcji. -Pamiętaj, nigdy więcej nie próbuj podnosić na mnie ręki!!! To był pierwszy i ostatni raz!!!Zrozumiałeś!!! – krzyczałam jak opętana, patrząc mu prosto w oczy. Nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony, złapał się za twarz i usiadł na tapczanie. Nie uderzył mnie już nigdy więcej. Dwa tygodnie w okularach przeciwsłonecznych głęboko zapisały się w jego psychice… Ojciec moich dzieci od jakiegoś czasu żył w swoim świecie…
Nie obchodziło go, że dzieci śpią, jest późna pora, nie czas na głośną telewizję i rozmowy przez telefon. Ciche wieczory oznaczały, że jeszcze nie wrócił do domu. Zapewne będzie nad ranem? Gdzie on się podziewa! – myślałam, leżąc w łóżku. Martwiłam się , że coś mu się stało, nieraz jego telefon milczał. Szłam spać o stałej porze, ale to nie był sen pełen wypoczynku i relaksu. Czekałam i czuwałam, kiedy usłyszę klucz i otworzą się drzwi. Patrzyłam wtedy na zegarek, a jego powroty z tygodnia na tydzień zdarzały się coraz później…
Pytałam go nieraz, co jest powodem, takiego zachowania z jego strony, ale ciągle słyszałam te same odpowiedzi. Zaproszenie na kolację od kumpli, nowi partnerzy biznesowi, gry karciane, spóźniający się tramwaj, rozładowany telefon itp. Czekałam, sama nie wiem na co. W głębi duszy miałam nadzieję, że się zmieni i będzie jak dawniej. Wspólne wieczory, wyjazdy za miasto, zakupy… Na przekór losowi, małymi krokami nasz związek zmierzał w przeciwnym kierunku. Jedynie, kiedy udawało się mu być na czas, to tylko w wigilię, którą obchodził razem z nami. Podchodził do tych świąt wyjątkowo emocjonalnie. Tego go nauczyłam i był to mój sukces.
Kiedy nadchodziły jego święta, też chciałam, abyśmy obchodzili je zgodnie z jego tradycją. Z racji tego, że byliśmy innego wyznania, w naszym domu gościły dwie religie. Chciałam to jakoś posklejać do kupy, aby on nie czuł aż tak mocno różnicy kulturowej i wiedział, że jego tradycja nie jest mi obca i chętnie wezmę w niej udział, ale niestety nic nie wskórałam u niego. Wolał własne święta, spędzać poza domem. Jego wybór – myślałam.
Przykro mi było z tego powodu, ale też nie chciałam go uszczęśliwiać na siłę, stanowczo nalegając. Męczyło mnie wywieranie na niego presji, jego z pewnością też. Pewne rzeczy nie zawsze dało się załatwić drogą porozumienia. Choć bardzo się starałam. Zawsze uważałam, że wiele można osiągnąć, szczerze rozmawiając, a nie zostawiając wszystko na później, uciekając od czegoś, co jest oczywiste i nieuniknione. Ale nie w naszym przypadku. W wielu sprawach on wolał milczeć, a ja nie umiałam czytać w jego myślach.
Zleciał następny rok z naszego wspólnego życia, dziewczynki rosły, ja nadal pracowałam. Mój kochany od czasu do czasu zwalniał tempa. Był nawet obecny ciałem i duchem w naszym wspólnym domu… Ale te jego zmiany nie trwały zbyt długo. Kiedy ja pełna nadziei, zaczynałam się cieszyć, że jest obok mnie i na dobre się zmienił, z jego strony były to tylko unikatowe pauzy, które można zliczyć na palcach u rąk. I tak radość przeplatana w większości smutkiem, zadomowiła się na dobre w moim życiu…
Od mojej wizyty w Londynie, minął ponad jeden rok. Od tamtej pory matka jego nalegała, abyśmy przejechali do Pakistanu w odwiedziny. Chciała zobaczyć nas wszystkich razem. Nie widziałam takiej możliwości, by wracać do przysłowiowego piekła, ale z drugiej strony coraz częściej krążyła w mojej głowie, może nie do końca przemyślana koncepcja. Jeżeli tam pojadę i oczywiście wrócę, może wreszcie pokonam swój strach o dzieci raz na zawsze. Uważałam to za mój osobisty rodzaj terapii. W końcu miałam z nimi bliższy kontakt niż wcześniej… Nie było powodów do obaw.
Dni mijały, rok szkolny dziewczynek pomału dobiegał końca. Propozycja wakacji w Pakistanie stawała się dla mnie coraz bardziej realna. On nie nalegał, sama musiałam podjąć decyzję, gdy poczuję, że jestem na to gotowa. Nawet nie wiem, kiedy zaczęliśmy niewinnie w żartach rozmawiać o prawdziwym ślubie. Pełnym porcelanowych zastaw, świateł rozwieszonych przez pół ulicy, masy gości… Z takim tradycyjnym weselem, o jakim zawsze marzył. Lubił widownię i obfitość. W skrócie Bollywood.
Nie powiem, zaciekawiła mnie ta propozycja. Nie układało się między nami na tyle, żeby składać sobie ponownie przysięgi małżeńskie i urządzać huczne przyjęcie weselne.
Na przekór wszystkiemu z nadzieją pozytywnej zmiany w naszym życiu godziłam się na tę maskaradę.
W głębi duszy liczyłam na to, że taki ślub może coś zmienić w naszych relacjach, bo nie było w tym okresie zbyt ciekawie między nami… Kiedy on przedstawiał mnie komuś z jego znajomych na ulicy, mówił:
– Poznajcie się to, moja żona. Często też się tak do mnie zwracał.
Ja jednak nie bardzo czułam się jego żoną, pomimo że przysięgę złożyliśmy kilka lat temu. Rzadko zwracałam się do niego mężu, raczej tylko po imieniu. Taki ślub, który weźmiemy w Pakistanie, umożliwi nam zalegalizowanie go w Europie. To było coś, czego zawsze chciałam doświadczyć, być jego żoną…Wcześniej nie dało nam się tego zrealizować ( wspominałam w rozdz. 2 ).
Potrzebny był oryginalny akt urodzenia, który nie istniał. On urodził się w domu. Nie prowadzono wtedy dokładnego spisu ludności. Tak mi przynajmniej tłumaczył.
Możliwe, że sami rodzice przez nieuwagę zaniedbali rejestrację nowo narodzonego dziecka. Trudno było dociec prawdy… Kiedy na dobre zaakceptowałam myśl o ślubie i zdecydowanie powiedziałam tak, on bardzo się ucieszył. Taka ceremonia była jego skrytym, gdzieś po drodze porzuconym i niespełnionym marzeniem, które teraz miało okazję się urzeczywistnić w całej postaci. Wszyscy w Pakistanie zaczęli organizować nasz ślub, włączył w to całą swoją rodzinę… W dodatku po ślubie przystanek w Dubaju, miejscu moich marzeń. Nic dodać nic ująć…
Gdy jednak na chwilę zapadła cisza, a on zbierał myśli, co jeszcze ma mi powiedzieć, wprost zapytałam, a raczej oznajmiłam
-Ale obiecaj mi, że poleci z nami ktoś jeszcze…

CDN

2 Komentarze

  1. Khadija pisze:

    Salam. Podziwiam ciebie po tym co twoj zrobil uprowadzil twoje dzieci a ty Dalas mu szanse chcialas sprobowac jeszcze raz , ogolnie Wzroszyla mnie twoja ksiazka i to co cie w zyciu spotkalo naprawde mi przykro . Tez mam meza z pakistanu i mamy 2 male corki mieszkamy w londynie po tym co ciebie spotkalo i to co widze Czytam itp tez sie boje o swoje corki i nigdy bym nie chciala zeby mi sie cos takiego w zyciu przYdazylo to co spotkalo ciebie

    • admin pisze:

      Cześć, fajnie że ci się podoba, to jeszcze nie książka ale jej malutki procent, bez imion i opisów, książka jest już gotowa, czas pokaże kiedy będzie dostępna.
      Nie wszystkich trzeba wrzucać do jednego worka ale jedno jest pewne musisz przestać się bać , lepiej ten strach zamienić na ostrożność, przyniesie więcej pożytku.
      Pozdrawiam cieplutko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.