samotność
Na przekór naszemu przeznaczeniu – cz.19
Lipiec 3, 2014
terminal
Znacząca pomyłka i palmy za szkłem – cz.21
Sierpień 8, 2014
Pokaż wszystkie

Lęk wysokości odmawiał mi spokojnego oddechu – cz.20

widok

Wyruszyliśmy na wycieczkę w góry. Zabrali się z nami właściwie wszyscy. Wyprawa została zorganizowana na trzy samochody. Mówiąc krótko, prawie cała najbliższa rodzina mojego męża, jego siostry ze swoimi pociechami, starszy brat z żoną i trójką ich dzieci oraz kuzyni. Zamieszanie ogromne nic dodać nic ująć. Brakowało tylko jego rodziców, którzy postanowili zostać w domu.
Podróż była długa, nie ukrywam, dla wszystkich dość męcząca. Powietrze było bardzo wilgotne, co powodowało duchotę. Na szczęście w samochodzie działała klimatyzacja, jedyny pozytywny aspekt naszej wygody. W końcu dotarliśmy do celu, czyli miejsca kwaterunku.
Hotel na wzgórzu, z zewnątrz niczego sobie, o dziwnej nazwie. Posiadał pięciogwiazdkowy standard, ale bardziej przypominał mi pensjonat…
W recepcji każdy dostał swój klucz z numerem pokoju i rozeszliśmy się w poszukiwaniu miejsca, gdzie chcieliśmy zostawić bagaże, wziąć prysznic i chociaż trochę się zdrzemnąć. Korytarz, którym szłam, nie pachniał zbyt świeżo, w ogóle trudno było znaleźć drzwi z numerem, były one niedbale porozrzucane i wprowadzały niezły zamęt przy poszukiwaniu. Nareszcie! Numer się zgadza – pomyślałam. Weszłam do pokoju, rozejrzałam się wokół. Nic nie wskazywało na te pięć gwiazdek. Nie był to hotel renomowanych firm, ale prywatny, a jego rzekomy luksus nie miał z tym nic wspólnego, a wręcz przeciwnie. Doznałam szoku! W środku tragedia… Ponury wystrój, który był jeszcze jako tako do zniesienia. Najgorsze było to, że wszystko było mokre i przesiąknięte wilgocią, jednym słowem, warunki bytowe i sanitarne w opłakanym stanie.
– Boże, jak w ogóle można położyć się pod tak mokrym kocem!!! – burknęłam pod nosem. Mojemu mężowi wcale to nie przeszkadzało. Wyciągnął z walizki butelkę whisky i wyszedł z pokoju, ja natomiast produkty czystości, które na wszelki wypadek wzięłam ze sobą, i zamiast brania prysznica, zaczęłam szorowanie. Przeprowadzałam dezynfekcję po kolei wszystkiego, co uważałam za stosowne. Dodam, że nie jestem maniakiem czystości i potrafię odnaleźć się w każdych warunkach, ale to, co tam i szybko. Zamknęłam drzwi na klucz i poszłam się rozejrzeć, gdzie ulokowali się wszyscy pozostali z naszej paczki. Trafiłam do pokoju mojego ojca, który nieźle mnie rozbawił i skutecznie rozładował moje napięcie. Kiedy mnie tylko zobaczył w drzwiach, natychmiast rozpoczął swoją litanię pełną lamentów, wymachując przy tym rękoma.
Patrzyłam na niego z uśmiechem na twarzy, a on komentował, że jest po prostu głupi, bo dał się namówić na ten wyjazd z nami, a w domu rodziców mojego męża to dopiero były luksusy. Po co mu to było do szczęścia potrzebne, że niby to on nigdy gór nie widział i na dodatek dostał rozwolnienia w podróży, bo cały czas był przekonany, że nie potrzebne mu są żadne szczepienia ochronne, a częste mycie rąk i wszystkiego, co spożywa, załatwi sprawę w stu procentach.
Wysłuchałam w milczeniu, co chce powiedzieć, bo miał rację! Po chwili i jemu zrobiło się lżej, a nawet pojawił się na jego twarzy przyjazny uśmiech. Zajrzałam do pokoju obok. Mama mojej przyjaciółki też skomentowała warunki, jakie zastała, oczywiście o wiele spokojniejszym tonem od mojego ojca. Całej pozostałej reszcie rodowitych Pakistańczyków nic nie przeszkadzało. Mężczyźni na czele z moim mężem bawili się świetnie, zamknięci w pokoju z butelką mocniejszego trunku.
Kobiety, spoglądając od czasu do czasu na rozbrykane dzieci, ucinały sobie pogawędkę.
Za wiele nie można było zrobić, pozostało naszej piątce jakoś to przetrwać, nie wliczając mojego męża. Inne hotele w okolicy też nie oferowały lepszych warunków pobytu. Sprawdziliśmy to po tym, jak poprosiłam mojego męża na bok i bez żadnych świadków, określiłam się względem standardu naszej obecnej siedziby.
Następnego poranka wybraliśmy się wszyscy podziwiać widoki z wysokości i korzystać z atrakcji, jakie fundował nam nasz pobyt w górach. Oczywiście, żeby coś zobaczyć, trzeba było wsiąść w samochód i pojechać o wiele, wiele wyżej. Od razu nie spodobał mi się pomysł. Uważałam, że i tak jesteśmy wystarczająco wysoko, ale moje zdanie zostało przegłosowane, większością głosów na tak. Do wyboru miałam zostać sama w hotelu lub wsiąść do samochodu. Z wielkim wewnętrznym oporem wsiadłam.
Ruszyliśmy drogą w kształcie serpentyny. Droga zdawała się nie mieć końca. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie moje negatywne myśli, że zaraz na pewno spadniemy w przepaść.
Asfalt był w opłakanym stanie, ulica bardzo wąska, a pobocze strome, niczym nie zabezpieczone, nawet choćby wysokim krawężnikiem lub siatką. Nie było dosłownie niczego. Z okna samochodu widok jak z samolotu.
Przerażający był jeden, dość znaczący fakt, przynajmniej w moim odczuciu. Mówiąc szczerze od koła naszego samochodu dzieliło nas jakieś piętnaście centymetrów do końca krawędzi drogi, gdzie za nią była już tylko przepaść. Odmówiłam chyba wszystkie modlitwy, jakie tylko przyszły mi do głowy, i choć przyznam, widoki były piękne, to i tak nie potrafiłam się nimi zachwycać. Mój lęk wysokości i wyimaginowane proroctwa wyczyniały tragiczne projekcje w moim umyśle, wizualizując katastrofę. Jechaliśmy wyżej i wyżej, a raczej przeciskaliśmy się pomiędzy autami pędzącymi z nad przeciwka. W końcu nie wytrzymałam napięcia, które zawitało na dobre w moim ciele.
– Zatrzymaj samochód!!! – krzyknęłam do męża. – Ja wysiadam! Poczekam tu na was, kiedy będziecie już wracać. Nie jadę wyżej, zwyczajnie się boję i nie dam rady- przerażona komentowałam dalej.
Oczywiście, mój mąż zignorował to, co mówiłam, zapewne rozbawiła go moja donośnym głosem wypowiedziana prośba, a raczej rozkaz. Natomiast mój wspaniałomyślny ojciec dolał tylko oliwy do ognia.
– Kochana córciu, czy spadniesz z obecnego miejsca, w którym jesteś teraz, czy trochę wyżej, to i tak, zapewniam cię, ta czy inna wysokość nie będzie miała żadnego znaczenia, gdy będziesz już spadać – odpowiedział z szerokim uśmiechem na twarzy mój dowcipny tato.
– Cieszę się, że dopisuje ci humor, bardzo dowcipne spostrzeżenie! – złośliwie z odrobiną sarkazm odburknęłam.
Choć auto nadal pędziło przed siebie i pomimo nieprzemyślanych, zgryźliwych słowach mojego ojca zrobiło mi się jakoś lżej. Co ma być to będzie – pomyślałam.
Przestraszona siedziałam nieruchomo, było mi już wszystko jedno, byleby do celu…
Fotografowaliśmy skaczące małpy, orła na ramieniu mojego męża, panoramę widokową. Zrobiliśmy tego dnia wiele innych pamiątkowych zdjęć.
W międzyczasie, kątem oka zauważyłam, że mi też zostały zrobione zdjęcia telefonem komórkowym, przez nieznanego mi mężczyznę w wianku uplecionym po drodze z polnych kwiatów. Nie powiedziałam mężowi o tym fakcie… Było to dla mnie bez znaczenia. Poprawiłam wianek na głowie, w której siedziała już myśl, że za moment będziemy wracać tą samą przeklętą, jakże niebezpieczną drogą, w dodatku do hotelu, który był beznadziejny.
Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. Miałam ochotę krzyczeć ze złości, ale doskonale wyręczały mnie krzyki gromadki naszych dzieci. One wszyscy razem wzięte wyrabiały wszelakie normy tego, co działo się w moim ciele, faszerując mnie dodatkową frustracją.
Szczęśliwie powróciliśmy po zmroku do hotelu. Kamień spadł mi z serca…
Wieczorem wszyscy razem wyszliśmy coś zjeść do miasteczka. Odwiedziliśmy miejscowy bazar. Można było swobodnie robić zakupy, wszystko było otwarte do późnych godzin nocnych. W dodatku ceny oferowanych artykułów były o wiele niższe niż w Europie.
Kolejny dzień minął dość szybko, przejażdżka konną, pamiątkowe fotografie na wielbłądzie, strzelnica, park rozrywki przystosowany w szczególności dla dzieci… Do kolejki górskiej nikt mnie nie zaciągnął, wolałam poczekać na dole i raczej bawić się w fotografa. I tak czas przeznaczony na program weselny zakończył się w górach. Wróciliśmy do domu rodziców męża. Mój tato nie ukrywał radości. Ja natomiast zmęczona byłam tym całym harmidrem, chyba w ogóle w tych górach nie odpoczęłam… Do wylotu zostało jeszcze kilka dobrych dni, ja nie chciałam już dłużej tam zostać. Śpieszno mi było zobaczyć Dubaj, na który czekałam z utęsknieniem. Było to miasto na mojej osobistej liście, które chciałam koniecznie zobaczyć. Zaczęłam upierać się na wcześniejszy wyjazd z Pakistanu. W końcu dopięłam swego, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jakie niespodzianki będą na mnie czekać na lotnisku w Abu Zabi…
CDN

1 Komentarz

  1. Marcin pisze:

    Tego szukałem:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.