rozmowa
Nocne upokarzające sekretne szepty – cz.24
Sierpień 20, 2014
farbowanie
Los sam układa scenariusz – cz.26
Sierpień 28, 2014
Pokaż wszystkie

Małe kłamstwo w imię dużej sprawy – cz.25

leki

Czas upływał, dziewczynki chodziły do szkoły i rosły jak na drożdżach.
Nasza malutka córeczka, niedługo miała obchodzić swoje pierwsze urodziny. Mój mąż pracował, zarabiał na nasze potrzeby, ja natomiast pilnowałam całej reszty. Zakupy, szkoła, rachunki, wizyty u lekarzy i takie tam różne zobowiązania codziennego życia…
Mój wybranek, jak zawsze, a nawet coraz częściej wracał do domu o wygodnej dla niego porze, dosłownie o której chciał, traktował nasze wspólne mieszkanie jak hotel.
Miał zawsze tysiące odpowiedzi, dlaczego to po raz kolejny wrócił grubo po północy, kiedy oczywiście go o to pytałam, a kiedy nie pytałam, nie mówił nic. Raz mu wierzyłam, raz nie.
Moje życie zamieniło się w codzienne czekanie na niego i marzenia, żeby choć raz na jakiś czas zawitał w domu punktualnie zaraz po pracy albo chociaż dotrzymał obietnicy danej mi w rozmowie telefonicznej.
Bardzo rzadko, ale zdarzało się, zaskakując go zupełnie, pojawiałam się pod jego zakładem pracy i wyciągałam go na kolację do jednej z przytulnych restauracji, usytuowanych tuż obok.
Było ich mnóstwo i miałam w czym wybierać: co kawiarnia to inny wystrój i inna kultura oraz związane z nią tradycje serwowanych posiłków. Dodam, że w mieście, w którym mieszkaliśmy, było mnóstwo różnych narodowości. Stąd kawiarnie i restauracje o nietypowym wystroju wnętrz, bogato urozmaicone kulinarnie.
Zazwyczaj wychodził z pracy jako ostatni, punkt dziewiętnasta, a do domu docierał ledwo przed północą albo grubo po… Kiedy już sama zaplanowałam nasze wspólne wyjście, nie miał innej sposobności, by się wymigać. Klamka zapadła.
Stałam po drugiej stronie ulicy, wyraźnie na niego czekając. Kiedy już spotykaliśmy się wzrokiem, nieustannie patrzyłam w jego stronę, wysyłając mu uśmiech, ale jednocześnie z uśmiechem coś wewnątrz mnie szeptało, że zepsułam mu plany na wieczór i że miał zamiar spędzić go zupełnie inaczej, najlepiej beze mnie…
Zaskoczony moją obecnością i faktem, że stoję przed nim, nie omieszkał nigdy, jak to miał w zwyczaju robić, skomentować mojej spontanicznej idei. Proponował mi, ale dosłownie w trybie natychmiastowym, wymawiając słowa, na które i tak byłam przygotowana. Jego zachowanie było łatwe do przewidzenia. Abyśmy najlepiej od razu wrócili do domu i broń Boże nie weszli do pobliskich kawiarni, jakby się czegoś obawiał… Było to oczywiste w jego zachowaniu, przy każdym naszym spontanicznym spotkaniu. Do którego zdążyłam się przyzwyczaić. Ja i tak na koniec niewzruszenie i bez poczucia winy mówiłam kategoryczne nie.
Chciałam od czasu do czasu uciec od monotonii każdego dnia i nie było w tym nic złego. Wiedziałam, że gdybyśmy takie wspólne wyjście zaplanowali w domu, nigdy by do niego nie doszło. Wykręciłby się biznesem i tyle. Więc musiałam go stawiać przed faktem dokonanym.
Tłumaczył, że nie lubi chodzić po kawiarniach i na dodatek mnie tam zabierać. W moim odczuciu, dosłownie najchętniej zamknąłby mnie na klucz w domu, gdybym mu na to pozwoliła.
Jak już wspominałam, szczególnie nie lubił kawiarni niedaleko swojego zakładu pracy, często zastanawiałam się, dlaczego stronił od tych miejsc i trzymał się od nich z daleka, zaciągając mnie w zupełnie odległe rejony. Kiedy zaś przypadkowo znaleźliśmy się już blisko jego biura i w szeregu ustawionych obok siebie kawiarni szukaliśmy przytulnego miejsca, wtedy co chwilę ktoś się z nim witał, zwracając się do niego po imieniu. Wyglądało to tak, jakby często przesiadywał w tych miejscach, on zaś uparcie twierdził, że blisko pracuje i często widuje tych ludzi. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale nie dociekałam.
Kiedy kelner przyjął zamówienie, siedzieliśmy naprzeciwko siebie w milczeniu. Po dobrych kilku latach spędzonych razem nie mieliśmy o czym rozmawiać, czasami myślałam, że powinnam zabrać ze sobą czasopismo i zatopić się w artykułach. Dopiero kiedy wypił kilka drinków, zaczynał swoją opowieść o biznesach, która brzmiała jak stara, wiele razy odsłuchiwana płyta, i ten towarzyszący mi strach, powodowany jego zazdrością na spontaniczne, niczym nieuzasadnione spojrzenia obcych facetów w moją stronę, które niekiedy kończyły się agresją z jego strony pod adresem niewinnych ludzi. Takie sytuacje z czasem zaczynały być nie do zniesienia.
Odpuściłam sobie wychodzenie z nim gdziekolwiek, do znajomych jeździłam sama z dziećmi. O nic nie prosiłam, on też był obojętny. Zaczynało mnie takie życie znowu przerastać. Jego whisky w nadmiarze, totalny brak zainteresowania rodziną, chamskie odzywki…
Z jednej skrajności w drugą. Jak mnie nie wybudził ze snu późnym powrotem do domu, to jak wrócił wcześniej, też nie było z nim kontaktu. Zakładał słuchawki na uszy, słuchał piosenek, czasami w kółko tych samych, lub oglądał filmy. Był obecny, ale tylko ciałem, wpatrzony w ekran komputera. Otoczony solidnym murem swojego własnego świata.
Może miał jakieś problemy? Sekrety? Którymi nie chciał albo nie mógł się ze mną podzielić? Jedno było pewne, nie radził sobie z czymś?! Coś go przerastało emocjonalnie, bo o pieniądze nie musiał się martwić. Może dlatego sięgał coraz częściej po kieliszek? W nadziei poprawy samopoczucia?
Nie przeczę, sama niekiedy na uroczystościach, spotkaniach z przyjaciółmi sięgałam po niejedną lampkę wina lub czegoś mocniejszego, więc nie uznawałam siebie za świętą, ale uważałam, że wszystko ma swoje granice. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Odejść nie mogłam, a raczej nie miałam odwagi, to jeszcze nie był ten moment, nie byłam gotowa. Pomóc mu nie mogłam, bo jak? Skoro nic nie mówi, nawet jak pytam, milczy.
Siedząc wieczorami sama w domu, często rozmawiałam przez telefon, to była moja jedyna rozrywka. Kiedy dziewczynki już spały, chciałam pogadać z kimś w swoim przedziale wiekowym. Kochałam i nadal kocham moje dzieci, ale czasami potrzebowałam jakiejś istotnej odskoczni.
Potrzebowałam dojrzalszych rozmów, poza tymi z dziećmi. Na dodatek, byłam na macierzyńskim, co w ogóle ograniczało moje kontakty, choćby te z pracy. Mój mąż niestety nie mógł mi tego dać, z prostego powodu, nie było go nigdy w domu. Z biegiem czasu nie potrafiliśmy już ze sobą rozmawiać, jak to robiliśmy dawniej. Kiedy otwierały się drzwi wejściowe, natychmiast odkładałam słuchawkę. Raz, że go to drażniło, nie znałam powodu dlaczego, ja nie zabraniałam mu, kiedy „wisiał” godzinami na telefonie. Dwa, sama wolałam być blisko niego i spędzać z nim czas, jeżeli można było to nazwać spędzaniem czasu razem, bardziej porównałabym to do przebywania w jednym pomieszczeniu. Kiedy już oderwał się od komputera i łaskawie do mnie odezwał, nie czułam wewnątrz siebie uczucia bliskości z nim, jakiegoś głębszego porozumienia między nami.
Rozmowa z osobą pod wpływem alkoholu nie należała do przyjemnych. Nieraz były to męczące rozmowy. Siedziałam i w większości słuchałam, a raczej kontrolowałam jego zachowanie. Kiedy zaczynał mówić podniesionym głosem, natychmiast próbowałam zmienić temat rozmowy, aby nie zdążył osiągnąć całkowitej, dość szybko rosnącej frustracji, której często towarzyszył gniew, i o tej późnej porze nie pobudził dzieci. Niejednokrotnie bujał w obłokach, co było męczące. Tematy dotyczyły w większości biznesu, jakby mu było mało tego, co już posiadał. Ja natomiast nie mogłam go wyprowadzać z błędu, choć moja ślina na języku była w pełnej gotowości, by odeprzeć jego płytkie, nieprzemyślane argumenty. Uświadamianie jemu, żeby stanął stopami na ziemi i nie fantazjował, pozbawione było jakiegokolwiek sensu, mogło skończyć się awanturą, do czego nie chciałam dopuścić. Nieraz wyzywał mnie od kurew i używał innych, takich tam, bliskoznacznych wyrazów… Przymykałam oko i tłumaczyłam sobie, że to alkohol przemawia, a nie on sam.
Dziś zdaję sobie sprawę, ile mnie to kosztowało zdrowia i nerwów, wtedy myślałam, że wszystko kontroluję i to ja rozdaję karty. Niestety, byłam w wielkim błędzie, do czego się szczerze przyznaję i jednocześnie wybaczam sobie samej pomieszanie motywacji i działań, które wzajemnie
się wykluczały w tamtym okresie.
Postanowiłam zawalczyć jeszcze raz o mężczyznę, którego kochałam, choć sprawił mi nieraz wiele przykrości i niejednokrotnie zawiódł swoim postępowaniem, niosąc niekiedy w podarunku bolesne rozczarowanie. Chciałam mu pomóc.
Z pomocą moich bliskich w Polsce zorganizowałam spotkanie u lekarza, który miał mu za implantować tabletkę pod skórą, tzw. wszywkę. Kiedy wszystko zostało ustalone, oczywiście bez jego wiedzy, przystąpiłam do realizacji planu, informując go o tym w najdelikatniejszy sposób, jaki tylko potrafiłam. Nie było łatwo, cały czas słyszałam krótkie „nie”. Wreszcie go przekonałam, kilka dobrych dni zajęło mi wręcz błaganie, aby się zgodził na taki rodzaj zabiegu.
Niestety, nie do końca byłam z nim szczera co do działania tabletki. Zwyczajnie go okłamałam. Było to dla mnie kłamstewko, jak wtedy uważałam, „w imię rodziny i dla nas obojga”. Powiedziałam jemu, że od czasu do czasu będzie mógł sobie wypić i nie poniesie przy tym żadnych konsekwencji zdrowotnych. Dopiero po zabiegu miałam zamiar powiedzieć mu prawdę.
Czytałam różne opinie na ten temat, zdania były podzielone co pacjent, to inne działanie… Wiem, że grałam nie „fair”, ale wtedy nic innego nie przyszło mi do głowy. Zależało mi na tym, żeby się zgodził. Obiecałabym mu nawet, gdyby tylko o to poprosił, skok na bungee, choć sama taka myśl budziła we mnie ogromny strach. Robiłam dosłownie wszystko, byle tylko się zgodził i nie wycofał, niwecząc mój plan. Musiałam oczywiście tak konstruować zdania, aby miał wrażenie, że to on tak naprawdę zadecydował się pomóc samemu sobie, a ja mu w tej decyzji w ogóle nie pomogłam.
Poprosiłam przyjaciółkę, aby zaopiekowała się dziećmi, i zabukowałam bilety na lot do Polski.
Wylądowaliśmy na Okęciu, pociągiem dojechaliśmy do miasta, w którym mieszkała moja ciocia. Mieliśmy u niej gościć jakieś trzy dni i po zabiegu wrócić do domu. Z niecierpliwością i towarzyszącym mi strachem, że mój mąż w ostatniej chwili zrezygnuje, czekałam na umówione spotkanie z lekarzem. To już jutro! — myślałam, leżąc w łóżku.
Boże, błagam!!! Żeby tylko się nie rozmyślił!
Następnego dnia, zupełnie niespodziewanie, zwrot zaistniałych zdarzeń spowodował, że tym razem ja sama zmieniłam zdanie co do jego zabiegu…
CDN

3 Komentarze

  1. AZ pisze:

    Czyta się jednym tchem Pani Beatko, czekam na ciąg dalszy 🙂

  2. Monika JK pisze:

    Przyznam, ze z ciekawoscia przeczylatam wszystkie czesci Twojej historii… sama jestem w takim zwiazku juz prawie 12 lat, ale mialam bardzo duzo szczescia, bo trafilam na wspanialego czlowieka. Tez mamy swoje wzloty i upadki, ale takie „normalne” – jak to w kazdym zwiazku… czytajac natomiast Twoja historie, to ja juz bym dawno skonczyla to wszystko… zaraz po ucieczce Twojej i corek z Pakistanu… dla mnie nie byloby ciagu dalszego… pozdrawiam serdecznie

  3. admin pisze:

    Witam.
    Również nie miałam zamiaru wracać do niego, powtarzałam te słowa jak mantrę, ale życie zmusiło mnie do takiej decyzji.
    Dziś wiem że dobrze zrobiłam, tylko za długo ciągnęłam ten związek na siłę, za wszelką cenę, chciałam aby dzieci miały pełną rodzinę, bo ja jej nie miałam,a uczucie którym go wtedy darzyłam też nie było mi obojętne.
    Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.