smutek
Rozstanie to bolesne doświadczenie – cz.2
Maj 21, 2014
Pokaż wszystkie

M jak miłość/pokochać idealnego faceta- cz.1

serca

W obecnych czasach, gdy fala emigracji zaludnia nasz kraj, a wraz z nim sąsiadujące państwa Unii Europejskiej i nie tylko, cudzoziemcy masowo przybywają z różnych stron świata…My sami, czasem na krótko, a niekiedy nawet na lata, również opuszczamy rodzinny dom. A jeśli już zostajemy w kraju, bo nie mamy potrzeby nigdzie emigrować, to i tak nie mamy żadnej gwarancji, że nigdy nie ulegniemy urokowi osoby o innej kulturze, poglądach… Poznajemy tego jedynego lub tę jedyną. Zupełnie niespodziewanie… A wtedy świat zaczyna wirować. Na nos zakładamy różowe okulary i śnimy o życiu pełnym miłości, szacunku, zrozumienia i zaufania. Nie docierają do nas przestrogi naszych bliskich, artykuły w gazetach, zwierzenia przyjaciółek… Czasem brak jakiegokolwiek doświadczenia sprawia, że nie zdajemy sobie sprawy, jak wygląda codzienne życie w takim związku. Z człowiekiem innego pochodzenia, innej kultury i religii, a także dzielącej was niekiedy bariery językowej.
Nie wszystkich mierzy się jedną miarą. Są związki naprawdę godne pozazdroszczenia, ale to niestety rzadkość. Smutne, ale prawdziwe.
Czasem Polak z Polakiem nie może się porozumieć, Europejczycy o tych samych obyczajach kulturowych, choć innym języku komunikacji także, a co dopiero, gdy dzieli was inna kultura, granice itp.
Tak było i w moim przypadku.
Opowiem wam moją historię, związku z obcokrajowcem pochodzenia pakistańskiego, który trwał dwanaście lat. Odkryję przed wami kulisy wspólnego życia, byście mogły wkraść się od strony zaplecza do naszego związku i pobyć w nim razem ze mną. Poznać plusy i minusy naszej relacji i ocenić same…

M jak miłość/ Pokochać idealnego faceta

Wyjechałam z Polski w wieku dwudziestu czterech lat. Za granicą, tu, gdzie nadal obecnie przebywam, chciałam zostać tylko kilka miesięcy. Ale życie widocznie pisało dla mnie inny scenariusz… Zupełnie niespodziewanie pojawił się przystojny brunet pochodzenia pakistańskiego. Dwa lata starszy ode mnie. Patrząc na jego wzrost, na moje oko, około metr osiemdziesiąt. Nie widać było u niego nadwag. Dobrze zbudowany mężczyzna o lekko ciemniejszej karnacji od mojej.
Spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę. W domu i poza domem. Zauroczył mnie totalnie swoją indywidualną osobowością i stylem bycia. Delikatny, czuły, troskliwy…Zwyczajnie rozkochał mnie w sobie po mistrzowsku.
Spotykaliśmy się zbyt krótko, jakieś trzy miesiące, a może trochę więcej, kiedy to jednogłośnie ustaliliśmy, że zamieszkamy razem, bo nie chcieliśmy już w ogóle się rozstawać.
Skoro już miałam na przekór wszystkim i wszystkiemu na dobre związać się z obcokrajowcem, może warto byłoby wiedzieć o nim coś więcej? Pomyślałam po tym, jak już zakochałam się w nim bez pamięci. Postanowiłam zasięgnąć wiedzy o kulturze, religii, tradycjach, oraz o rodzinie mojego wybranka. Przyznam, że nigdy nie interesowałam się inną kulturą. Nie miałam zielonego pojęcia, co może (ale nie musi) mnie czekać.
Związek kwitł, on był uwodzicielski, szarmancki i opiekuńczy. Zabierał mnie do swoich znajomych. Ludzi o zupełnie innej kulturze, obyczajach, sposobie bycia. Choć muszę przyznać, że czasem męczyły mnie te spotkania, bo bariera językowa dawała się we znaki nie raz. Po prostu nie rozumiałam urdu ich ojczystego języka, którym się posługiwali. Razem rozmawialiśmy w języku angielskim. Kiedy byliśmy u moich polskich znajomych, bawiłam się w tłumacza, i odwrotnie, gdy on zabierał mnie do swoich, to on był moim tłumaczem. Myślałam wtedy:
– Trochę to męczące, ale co tam, dam radę…
To dopiero kilka miesięcy naszego związku, nauczę się jego języka, popracuję nad angielskim i będzie OK. Oczywiście skończyło się na własnych obietnicach, dni uciekały jeden po drugim. Wizja nauki języka urdu znikała na dobre. Kilka podstawowych słów- to wszystko, czego się nauczyłam.
Naturalną rzeczą było to, że pewnego dnia zajdę w ciążę, oboje nie mieliśmy nic przeciwko temu. Ja się nie zabezpieczałam, on nie nalegał w żadnym stopniu. Kiedy nadeszła ta chwila, a wynik testu ciążowego okazał się pozytywny, bardzo się ucieszyłam. Nawet wpadł mi do głowy pomysł, żeby na okres całej ciąży aż do porodu wrócić do Polski i zostać tam tak długo, ile wymagać tego będzie ode mnie czas. Uważałam wtedy, że to będzie korzystniejsze dla mnie i dziecka, gdyż bariera językowa mnie przerażała. Nie wiem, dlaczego wtedy panikowałam, przecież mój angielski był w miarę komunikatywny. Jak się okazało, nie musiałam długo czekać, żeby moje myśli stały się rzeczywistością niezależnie ode mnie.
Gdy mój partner dowiedział się, że zostanie ojcem, na jego twarzy pojawił się uśmiech… Sielanka nie trwała zbyt długo. Kilka dni później zaczął się wahać.
– Czy dziecko to aby dobry pomysł? – zapytał pewnego wieczoru drżącym głosem. Zaproponował mi, najdelikatniej jak potrafił, bym wzięła pod uwagę zabieg usunięcia ciąży…
Nie wiem, czy ktoś mu coś doradzał? Czy po prostu się przestraszył?
Moja odpowiedź była oczywiście negatywna i muszę przyznać, zaskoczył mnie… Przecież rozmawialiśmy o tym i podjęliśmy wspólnie decyzję na długo przed moją ciążą. Nie wracałam już do tego tematu naszego nienarodzonego dziecka, on też nie pytał o aborcję. Nawet nie miał pojęcia, jak bardzo już zdążył zranić moje uczucia, składając mi w ogóle taką propozycję. To nie był jednak koniec niespodzianek.
Po kilku tygodniach oznajmił mi, że weźmiemy ślub, w dodatku muzułmański. Najprawdopodobniej był to pomysł jego rodziny, z którą kontaktował się telefonicznie, bo na miejscu, w tym samym mieście co my, mieszkał tylko jego starszy brat, który zapewne też dołożył swoje pięć groszy, aby nas uszczęśliwiać na siłę.
– Skoro jest dziecko, to trzeba ten związek zalegalizować! – zdecydował za nas oboje, niepewnym, ale wyjątkowo donośnym głosem, deklarując swoją decyzję pewnego wieczoru.
Nie chciałam zmieniać wiary, uważałam, że w jakiej się urodziłam, w takiej zostanę, choć i tak jej nie praktykuję na co dzień… Kiedyś przeczytałam w jakimś brukowcu artykuł, że ojciec po takim ślubie ma większe prawa do dziecka. Bardzo wtedy utkwił mi ten tekst w pamięci. I poniekąd ta właśnie myśl o utracie dziecka — wtedy niesprawdzona, niczym nie poparta, przesądziła o moim stanowczym „nie” co do muzułmańskiego ślubu… On delikatnie, ale uparcie nalegał, a ja biedna – nie ukrywałam emocji – bardzo chciałam być jego żoną. Strach mówił nie, wtedy po prostu się bałam, że może ją zabrać, bo wszystko wskazywało
na dziewczynkę, naszą córkę, bez mojej zgody i bez zbędnego tłumaczenia po prostu odejść.
Z perspektywy czasu patrząc na moje postępowanie i tok myślenia, przyznaję, że trochę przesadzałam. Z drugiej strony, powinnam była to przewidzieć?! Przecież mój partner był innego wyznania. Wcześniej czy później doszłoby do takiej sytuacji, że do naszej osobistej konfrontacji postawione zostałoby nasze potomstwo… Nie powinnam była pakować się w związek z obcokrajowcem… Ale które z nas wtedy myślało, jak będzie wyglądało nasze życie codzienne?Kiedy stworzymy rodzinę, opadną fale zauroczenia i chemii, w końcu serce nie sługa…
Pewnego wieczoru wrócił po pracy smutny, był jakiś dziwny, nieobecny, zmartwiony. Długo nie musiałam się zastanawiać nad jego odmiennym stanem emocjonalnym, zagadka rozwiązała się sama. Usłyszałam słowa, od których nogi się pode mną ugięły:
– Skoro nie chcesz ślubu, to nie możemy dłużej być razem.
Na początku myślałam, że coś źle zrozumiałam, po chwili – że to jakiś niedorzeczny żart. Jednak nie, on nie żartował. Zdecydował za nas oboje. Klamka zapadła. Wtedy przepłakaliśmy prawie całą noc. Wcale nie mieliśmy ochoty się rozstawać. Jak może ktoś inny, nawet z bliskiej rodziny, decydować za nas dwoje?! Nie potrafiłam tego zrozumieć.
Moi rodzice słuchali tego, co miałam do powiedzenia, wypowiadali swoje opinie na określony temat, ale nigdy nie nalegali, żebym zmieniała swoje decyzje. Mój tata zawsze powtarzał: „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. Nawet dziś słyszę dźwięk tych słów w swoich uszach, choć już mniej biegam do niego po porady. Powtarzana przez niego mantra oznaczała jedno: że jeśli coś pójdzie nie tak w moim życiu, na studiach, w związku partnerskim i Bóg wie, w jakiej sferze jeszcze, to tylko ja jestem za to odpowiedzialna. Prosto i logicznie, w jednym cytacie…
W przypadku mojego partnera nie miał on zbyt wielkiego wpływu na decyzję, którą podjęła za niego jego rodzina. Było to od niego silniejsze, nie potrafił sprzeciwić się ustaleniom bliskich. Nie wiem, czy próbował bronić swoich racji, czy nie? A może od razu poległ na polu bitwy o naszą przyszłość? Kilka dni później spakowałam się i wróciłam do Polski…

CDN.

1 Komentarz

  1. blonde pisze:

    Szkoda, że dopiero teraz do Ciebie trafiłam! Genialnie czyta się tę Twoją historię, i widzę, że ku mojej radości – dużo przede mną! 🙂

    Zapraszam do siebie i zapewniam, że jeszcze wpadnę!

    blondynkaszukapracy.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.