lądowanie
Kierunek Pakistan to droga po własne dzieci – cz.5
Maj 27, 2014
wolność
Tak blisko naszej wolności a jak daleko – cz.7
Maj 28, 2014
Pokaż wszystkie

Pozostała tylko modlitwa o sukces – cz.6

światło

Nikt nie reagował… Przecież słyszę głosy?! Przycisnęłam energicznie dzwonek jeszcze kilka razy. Otworzyły się przede mną drzwi, lekko skrzypiąc. Stałam w milczeniu. Widzieli mnie tylko na zdjęciach, ja ich też. Weszłam do środka. Obiegłam wzrokiem miejsce, w którym stałam. Szeroki, w kształcie nierównych ramion, kwadratowy korytarz dzielił wejścia do różnych pokoi…
Kiedy tak stałam, w pewnej chwili zobaczyłam mojego męża. Złość zniknęła, został tylko żal… Patrzył na mnie i nie dowierzał. Zauważyłam na jego twarzy delikatny uśmiech. Nie szyderczy, ale bardziej powitalny, serdeczny. Przynajmniej tak to odebrałam. Dom był pełen ludzi: dorosłych i dzieci. Jeszcze wtedy nie byłam do końca pewna, kto jest kim… Byli tam jego rodzice, starsza i młodsza siostra, brat z żoną i ich dzieci, no i moje. Wszyscy patrzyli na mnie i nikt nic nie mówił.
A mój mąż dosłownie zamienił się w posąg. Jedyne, co robił, to wodził oczami po mojej sylwetce.
Wyglądam na ducha — pomyślałam. Jego wzrok przeszywał mnie od stóp aż po czubek mojej głowy. Nigdy nie miałam na sobie sari i chustki na głowie… Serce zabiło mi mocniej na widok dzieci. Niewiele myśląc, podbiegłam do dziewczynek i przytuliłam je mocno do siebie, tak bardzo potrzebowałam ich bliskości. Wzięłam na kolana młodszą córkę i usiadłyśmy wszystkie trzy w rogu łóżka. Po upływie kilku minut w drzwiach pojawiła się jego matka. Jej twarz nie przejawiała już pozytywnego nastawienia do mnie, na odległość biła od niej antypatia i wrogość. Wpadła jak burza do pokoju, odsuwając ode mnie dzieci, wtulone mocno w moje ramiona, po czym energicznie nerwowym ruchem ręki chwyciła mnie pod ramię. Bełkocząc coś pod nosem, wyprowadziła mnie z pokoju, w którym siedziałam, do innego pomieszczenia i zamknęła drzwi na klucz. Zanim zdołałam się zorientować, o co jej chodzi, zostałam sama…
Niewielki pokoik, raczej zaniedbany. Podłoga z cementu. Obdarte ściany. W oknie stara zasłona i kraty, a za oknem widoczny kawałek drogi dzielący mury innej kamienicy. Przypominał bardziej przechowalnię starych bezużytecznych rzeczy, taką komórkę lub piwnicę. Kiedy już rozejrzałam się wokół siebie, usiadłam delikatnie na tapczanie, choć właściwie mało to przypominało tapczan, było to po prostu zwykłe sprężynowe łóżko polowe.
– I co teraz, co teraz?
Moja walizka została w korytarzu obok drzwi wejściowych.
Boże, żeby tylko nie znaleźli mojego telefonu, to jedyna w tym momencie droga kontaktu z detektywem. Nie pamiętam, jak długo tam siedziałam. Parę dobrych godzin, a może kilkadziesiąt minut. Dziś nie pamiętam także moich myśli sprzed lat, a może nie chcę pamiętać? Nie wiem.
Nawet teraz, jak o tym piszę, jest mi trudno….
Wiedziałam, że skoro bliski mojemu sercu mężczyzna jest obok, nic mi się nie stanie. On tu jest i nie pozwoli, aby zrobili mi krzywdę — pomyślałam. Liczyłam, że on przyjdzie do mnie, usiądzie obok mnie na łóżku polowym, porozmawiamy, a ja przekonam go do powrotu do domu. Niepotrzebny będzie detektyw i nasz cały plan ucieczki. To był mój własny pomysł. Po prostu go przekonać, by spokojnie wrócić do domu.
Czekałam długo… Nie przyszedł. Naiwne były te moje myśli, wypełnione po brzegi optymizmem. Za drzwiami słyszałam dzieci, choć ogarniał mnie chwilami wielki strach, że mogą je stąd zabrać i wywieźć nie wiadomo gdzie…Dostałam moją walizkę oraz jedzenie, mimo
że nie odczuwałam żadnych potrzeb fizjologicznych: nie czułam głodu ani też nie miałam pragnienia, nawet zanikła potrzeba taka, jak pilne skorzystanie z toalety.
Telefon? Był w miejscu, gdzie go schowałam. Nie otwierali mojej walizki, nikt nie sprawdzał, co jest w środku, otrzymałam ją w nienaruszonym stanie. Miałam dwa nieodebrane połączenia
od detektywa. Bałam się rozmawiać, odpisałam krótkie „żyję”. Nie zebrałam zbyt wielu informacji dla niego, nie widziałam całego domu. Nie wiedziałam, gdzie kto śpi, nie znałam schematu dnia codziennego domowników, w ogóle zbyt wiele nie wiedziałam, właściwie nic. Tym razem nikt nie przekręcił klucza w drzwiach, słyszałam, jak siedzą i obradują. Pewnie rozmawiają na mój temat, szkoda tylko, że bez mojego udziału — pomyślałam. Nadszedł wreszcie moment, kiedy mogłam wyjść ze „schowka na rupiecie”. Dostałam inny pokój razem z dziećmi, choć opiekę nad nimi miałam ograniczoną. Lepiej by było dla mnie, gdybym nadal siedziała w tej komórce, ból byłby mniejszy — stwierdziłam po jakimś czasie, po tym, co tam zobaczyłam. Nie mogłam patrzeć, jak bezdusznie opiekują się dziećmi…Gdy jego siostra kąpała moje dziewczynki, robiło mi się słabo.
W stosunku do młodszej córki ten widok przechodził moje najśmielsze oczekiwania co do sposobu dbania o higienę. Jedną ręką trzymała dziecko jak kota zgięte w pół, unosząc je pod strumieniem wody lejącej się ze słuchawki prysznicowej, drugą zaś mydliła ciało, a potem spłukiwała. Nie zwracała uwagi na oczka i uszy, gdzie dostawało się mydło. Nie wiem, czy nawet regulowała wodę. Dziecko krzyczało jak szalone, ona nic sobie z tego nie robiła. Patrzyłam na to i myślałam, że szlag
mnie trafi. Byłam zupełnie bezradna. Wolałam jednak siedzieć cicho. Nie chciałam skończyć z powrotem w tym samym pomieszczeniu, zamknięta, oddzielona od dzieci i od ich ojca, z którym od czasu do czasu miałam okazję zamienić kilka słów.
Czasem zabierał mnie do swojej sypialni na noc. Nad ranem byłam prawie pewna, że dopięłam swego i że wracamy razem do domu, cała nasza czwórka. Już był gotowy nas zabrać, ale coś go powstrzymywało. Ja tak go wtedy mocno błagałam…
Mijały dni, miałam więcej swobody, jednym słowem, zapracowałam sobie na ich akceptację i zaufanie… Wychodziliśmy na plac zabaw, do centrum handlowego… Choć ochrony pozazdrościłby mi niejeden polityk, ja ciągle udawałam, że się gubię i zostawałam w tyle. Przygotowywałam
ich pomału, że mogę zmylić drogę, a oni wierzyli w to, że jestem taka nieroztropna i rozkojarzona. Pewnego dnia zniknę im z oczu, co da mi przewagę czasową planowanej ucieczki — myślałam.
Był pomysł przekroczenia granicy z Indiami. Mieliśmy przygotowane wizy, na wszelki wypadek, jeśli pojawiłyby się problemy. Od miejsca, gdzie mieszkaliśmy, do tej granicy nie było daleko.
Zdobyłam ich życzliwość, mogłam odbierać telefon domowy, na który często dzwoniła pracownica detektywa, udając cioteczną siostrę.
W rozmowie opisywałam dom i wszystko, co tylko mogło być pomocne w ucieczce. Rodzinie zaś mówiłam o problemach zdrowotnych mojej mamy, obecnym pobycie w szpitalu. Zmuszając się do strumienia łez. Moja mama miała problemy ze zdrowiem, ale nie aż takie, by lądować w szpitalu, ale co mogłoby ich wzruszyć…
– Oczywiście okłamywałam ich.
Pewnego popołudnia podszedł do mnie mój partner i cicho wyszeptał:
– Wracam do Europy, mam parę spraw do załatwienia. Nic więcej nie tłumaczył. Spojrzałam na niego z przerażeniem.
– Co z nami?- zapytałam.
– Zostajecie tutaj, za kilka tygodni wrócę – odparł.
Pakował walizkę, ja stałam i patrzyłam błagalnym wzrokiem, żebrząc spojrzeniem, by i nas zabrał ze sobą. Nie reagował… Następnego dnia miał lot do Europy.
Nadzieja odeszła, poleciał bez nas… Łzy pociekły mi po policzkach. Już nie wymuszone jak przy opowieściach o mojej mamie, ale prawdziwe. Spływały po policzkach jak strumyk z wąskiej skały, były one kroplami żalu połączonymi ze strachem, rozczarowaniem, utratą wiary, szczere do bólu…
Nie było go przy mnie, nie miałam już kogo przekonywać do wspólnego powrotu do domu. Nie pozostało nic jak tylko zrealizować plan, wykorzystując jego nieobecność. Byliśmy wszyscy gotowi. Detektyw i ja.
To już dziś – pomyślałam i westchnęłam głęboko.
Wręcz wybłagałam u nich wyjście i zakupy na miejscowym bazarze. Sukces! Uliczny market to dobry pomysł. Niezłe miejsce ucieczki… Wszystko zostało ustalone. Gdy nadeszła godzina spotkania i wszystko było dopięte na ostatni guzik, a detektyw już na mnie czekał w umówionym miejscu, nagle:
– Cholera, co jest? Zmiana planów. Na bazar jutro… Do diabła, ludzie czekają, a ja nawet nie mam jak ich powiadomić. Jak coś zawalę, to nigdy sobie tego nie wybaczę. Taka szansa może już nigdy się nie powtórzyć. Bardzo denerwowałam się tego dnia. Zadzwonił telefon stacjonarny.
Oby do mnie… – modliłam się w duchu.
Moja pseudo siostra poprosiła mnie do telefonu, a po chwili rozmawiałam już z detektywem. Kiedy usłyszałam jego głos w słuchawce, czułam napięcie i rezygnację. Nie było mi łatwo, plany się zmieniły. Ustaliliśmy inną strategię.
– Podjedziemy blisko domu – powiedział stanowczym głosem detektyw. Ja po prostu miałam odczekać na dogodny moment i wyjść z dziećmi na zewnątrz. Nikt już tak bardzo mnie nie pilnował, naturalnie tylko wtedy, gdy byliśmy w domu. Na zewnątrz zawsze miałam ogon.
Wzrok jego matki nieraz spotkałam na sobie, ona jedna nadal ciągle mnie obserwowała. Było to jednak mniej uciążliwe niż na samym początku, kiedy tylko przekroczyłam próg ich rodzinnego domu. Zegar wskazywał określoną godzinę.
Muszę już wyjść — pomyślałam.
Schowałam paszport pod ubranie i weszłam do pokoju, gdzie przebywały moje dzieci z matką mojego męża i jego siostrą. Boże, już czas, teraz albo nigdy…
Popatrzyłam na dziewczynki: starsza oglądała coś w telewizji, młodsza leżała na tapczanie, bawiąc się rączkami. Usiadłam w fotelu, wzięłam młodszą córeczkę na ręce i przyznam, że czekałam na cud. Wszystkie scenariusze zawiodły. Wymuszony uśmiech towarzyszył mi na twarzy w kontakcie wzrokowym z jego siostrą, myśli biegały jak szalone, ciało drżało. Nadszedł wreszcie upragniony moment. Zupełnie nieplanowany.
— Mamo, chcę do toalety — wyszeptała starsza córka wpatrzona w telewizor jak zahipnotyzowana.
Niezły pretekst, aby opuścić pokój. To chyba ten cud, na który tak bardzo mocno czekałam!?
— Chodź szybko, moje słoneczko! Wręcz błyskawicznie zareagowałam na jej prośbę. Wzięłam ją za rączkę, jednocześnie trzymając malutką córeczkę cały czas przy sobie w objęciach.
— Gdzie idziesz? — zapytała po angielsku jego siostra.
Przystanęłam w drzwiach, powoli odwróciłam głowę w jej kierunku i choć serce o mało mi nie wyskoczyło, resztkami sił odegrałam stoicki spokój.
— Do toalety.
Zmierzając w określonym kierunku, obserwowałam drzwi dzielące mnie od wolności. Tak się złożyło, że były położone bardzo blisko łazienki. Na dodatek uchylone, nie musiałam naciskać klamki, żeby je otworzyć. Weszłyśmy do toalety. Wszystko we mnie drżało, tak strasznie się bałam stracić jedyną szansę na wolność. Liczyła się każda sekunda. Odczekałam moment i pociągnęłam córkę za rękę.
— Mamo, jeszcze nie koniec, jeszcze chcę posiedzieć — zawołała niezadowolonym głosem.
— Kochanie, nie mamy czasu, przykro mi, przepraszam.
Nerwowo pociągnęłam ją za rękę, ściągając na siłę z toalety. Ponownie wychyliłam głowę zza drzwi ubikacji, upewniając się po raz kolejny, czy nikt nas nie obserwuje. To był ten moment. Nasza jedyna szansa. Kilka kroków dalej byłyśmy już poza domem. Pamiętam, na dworze było już ciemno. Biegłam, ciągnąc za sobą starszą córkę. Riksza już czekała w umówionym miejscu…
CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.