serca
M jak miłość/pokochać idealnego faceta- cz.1
Maj 20, 2014
romans
Ukryty romans tak blisko mnie – cz.3
Maj 22, 2014
Pokaż wszystkie

Rozstanie to bolesne doświadczenie – cz.2

smutek

To, co działo się między nami, nie wyglądało zbyt różowo. Choć miałam mieszkanie, byłam w nim zupełnie sama. Myśl, że tak mi się ułożyło życie, wydawała się chwilami przygnębiająca. Dni mijały, jak dla mnie, za wolno. Dziecko rosło, a ja z niecierpliwością oczekiwałam terminu porodu, jak i każdego wieczoru czekałam na telefon od niego.
Nie mógł do mnie przyjechać, bo nie miał wtedy do końca zalegalizowanego pobytu, też był emigrantem jak ja. Obojgu nam było bardzo ciężko. Mnie doskwierała samotność, on bił się z myślami, że posłuchał innych. I zamiast żyć własnym życiem, żyliśmy czyjąś decyzją.
Mój wybranek regularnie zatapiał smutki w alkoholu. Choć zawsze i wszędzie twierdził, że jest muzułmaninem, nie uważał tego za grzech. Przy okazji pocieszał się w ramionach innych kobiet, o czym wtedy nie wiedziałam…
Urodziłam śliczną, zdrową córeczkę. On nadal dzwonił, wypytywał, co robię… jak mała… Był obecny w naszym życiu niemal codziennie.
Jedyne, co mogłam zrobić, to regularnie wysyłać mu zdjęcia naszego dziecka.
Dni mijały nieubłaganie szybko. Przy niemowlaku miałam sporo pracy. Nie narzekałam na brak obowiązków… Chęć zobaczenia własnego dziecka i przytulenia nas obie do siebie, były dla niego czymś priorytetowym, czymś, czego bardzo chciał doświadczyć. Na przekór decyzjom rodziny, postanowił dalej być ze mną, a raczej z nami.
Dwa miesiące po narodzinach dziecka byliśmy znowu razem. Kilkumiesięczne rozstanie dało nam obojgu wiele do myślenia. Sprzeciwy osób trzecich, które ingerowały w nasz związek, decydując za nas samych, czy powinniśmy być razem, czy nie, umilkły. Muszę przyznać, ucieszyłam się, że zmienił zdanie i postawił na swoim, bo dziecko wychowywane bez ojca… Nie bardzo to wtedy widziałam.
Odebrał nas z lotniska i zawiózł do nowego domu. Ku mojemu zaskoczeniu zadbał, aby niczego nam nie brakowało. Wynajął dużo większe mieszkanie w samym centrum miasta… Mieszkaliśmy razem, cieszyliśmy się sobą…Chcieliśmy nadrobić wszystkie utracone, niestety bezpowrotnie, miesiące naszej rozłąki. Niekiedy dochodziły mnie słuchy, a być może tylko zwykłe plotki ludzi mało nam życzliwych, że mama mojego wybranka wciąż szuka dla niego kandydatki na żonę pośród miejscowych panien w Pakistanie. Nie wiem, ile tkwiło w tym prawdy. W końcu byłam dla nich dziewczyną z Europy…
Bywało i tak, że kiedy on wyjeżdżał do swojego kraju. Zastanawiałam się, czy aby nie posłucha swojej matki. Weźmie ślub z inną, wszystko zostanie tajemnicą, a ja nigdy nie dowiem się prawdy. Po prostu chciałam go mieć tylko dla siebie…
Upłynęło trochę czasu, ponownie zapytał, czy wyjdę za niego i zgodzę się na ślub. Wolałam cywilny, ale taki nie wchodził w grę. Potrzebny był oryginalny akt urodzenia, a nie odpis z jego ambasady, który posiadaliśmy. Oryginał miał przylecieć z Pakistanu. Czekaliśmy długo. Nie dotarł. Później oboje odpuściliśmy temat ślubu cywilnego i skopiliśmy się na muzułmańskim.
Nie zakładałam już czarnego scenariusza, chciałam, abyśmy byli razem. Kochałam go i nie wyobrażałam sobie kolejnego rozstania.
Tym razem powiedziałam zdecydowane tak. W końcu mieszkaliśmy w Europie, więc co może nam się stać? – pomyślałam bardzo optymistycznie.
Tradycyjnie w dniu ślubu przyszedł imam do naszego domu i pobłogosławił nasz związek. Wymieniliśmy się obrączkami, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i tyle. Nie był on zalegalizowany i niczego nie podpisywaliśmy…
Skoro to wystarczy jemu i jego rodzinie!? To ja absolutnie nie mam nic przeciwko- pomyślałam, nie ukrywając zdziwienia przed samą sobą odnośnie całej ceremonii ślubnej.
W sprawach dotyczących religii zdecydowałam, że i tak pozostanę przy swoim i nie zmienię własnych przekonań… Jego religię akceptuję i szanuję i nie mam nic przeciwko niej, niech wierzy, w co chce, byle tylko był uczciwym i kochającym człowiekiem na co dzień…
Wewnątrz mnie nic się nie zmieniło. Nadal byłam elastyczna pod względem poglądów religijnych i nawet nie tknęłam palcem, żeby coś zmienić. On zresztą też. Asan nie był praktykującym muzułmaninem, nawet zbyt wiele o swojej religii nie wiedział, więc nie naciskał. Właściwie to nie poruszaliśmy zbyt często tematu wiary w naszym domu.
Gdybym wtedy przed wyjazdem do Polski wiedziała, że tak to wszystko będzie wyglądać, może życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, bez łez i otaczającej zewsząd pustki… Po prostu nie doszłoby do naszego rozstania.
Byliśmy razem, on pracował, ja zajmowałam się domem i oczywiście dzieckiem. Gdy dopisywała pogoda, popołudniami ubierałam małą księżniczkę i szłyśmy spacerkiem do pracy mojego męża. Czekałyśmy chwilkę na niego, aż wszystko dokładnie pozamyka i wszyscy razem szliśmy w miasto, na kolację do restauracji, do pizzerii, a właściwie, wszędzie tam gdzie tylko nas oczy poniosły. Sporo czasu spędzaliśmy poza domem. Do momentu, kiedy to jego były już romans na krótki moment nie zakłócił sielanki w naszym związku.
Odkryłam to zupełnie przypadkiem. W czasie, kiedy ja byłam w Polsce i czekałam na poród, on przygarnął pod swój dach pocieszycielkę i mieszkali jakiś czas razem. Zimno i bez żadnych skrupułów kazał jej się wyprowadzić na kilka dni przed moim powrotem…
Oczywiście zaprzeczał wszystkiemu. Ale i tak na moment stracił moje zaufanie, byłam zwyczajnie zazdrosna, ale dość szybko odbudował je z powrotem. Przyznał się dopiero po długim czasie, zupełnie przypadkowo, zaskakując mnie swoją spontanicznością…
Krótkie wypady za miasto, wspólne wakacje spędzone w malowniczej Hiszpanii i nasza przemyślana, mogę wręcz powiedzieć, zaplanowana decyzja, w dużej mierze właściwie przeze
mnie. On tylko ją zaakceptował. Naszej córce przydałoby się rodzeństwo?!…
Dwa miesiące później nosiłam pod sercem nowe życie, tym razem nigdzie nie wyjeżdżałam. Wszystko układało się jak należy. Naturalnie zdarzały się między nami małe sprzeczki, jak w każdym związku, ale one nie robiły żadnej rewolucji w naszych relacjach. Ciąża przebiegła prawidłowo. Na świat przyszło nasze drugie dziecko. W domu zapanowała radość. Nasza
mała rozkoszna dwulatka doczekała się siostry, zdrowej i równie słodkiej, jak ona sama.
Kiedy dziś sięgam pamięcią, już wtedy, choć nie byłam tego do końca świadoma, małymi kroczkami oddalaliśmy się od siebie dzień po dniu. Wieczorami coraz częściej zaczynała doskwierać mi samotność, ja w domu, on z kolegami. Lubił życie towarzyskie i tyle. Może i ja się zmieniłam? Nie poświęcałam mu już tyle czasu, co wcześniej, pochłonięta obowiązkami dnia codziennego? Nawet gdy coś się zepsuło w domu, sama musiałam dzwonić do znajomych. On nie umiał nic sam zrobić albo mu się nie chciało?! Nie wiem, może wolał zapłacić? W dodatku wszystkie rachunki, terminy… były na mojej głowie. W przeciwieństwie do mnie zarabiał pieniądze, tylko pieniądze. Ogólny brak jakiejkolwiek odpowiedzialności. Możliwe, że pomału zaczynało go męczyć ustabilizowane życie. Coraz rzadziej wychodziliśmy razem i coraz mniej czasu spędzaliśmy ze sobą, nie rozmawialiśmy już jak dawniej. Gdy się spóźniał po pracy, dzwoniłam, pytałam, kiedy wróci. W słuchawce słyszałam odpowiedź:
— Za dwadzieścia minut. A potem następne dwadzieścia…
Nie chciałam, żeby czuł się osaczony. Rzadko już później dzwoniłam. Nieraz padałam ze zmęczenia, a jego jeszcze nie było w domu. Oczywiście nie podobała mi się ta sytuacja.
Po doświadczeniu zdrady przez niego, choć nie przyłapałam go na gorącym uczynku, po raz pierwszy sięgnęłam po jego telefon. Zawartość skrzynki odbiorczej, muszę przyznać, niekiedy była bardzo ciekawa. Treść jednego z sms-ów mówiła sama za siebie o tym, że mój ukochany najprawdopodobniej nieraz zrobił skok w bok…
Przez okres ponad dwóch razem przeżytych lat bywało różnie. Wielka miłość, w której stanie mogliśmy przenosić „góry” z różnych dziedzin życia, rzucając się sobie w ramiona, świętując sukcesy, jak i opłakując porażki. Przerabialiśmy zazdrość, brak zaufania, zaborczość, a nawet
chwilową nienawiść… Przerobiliśmy chyba wszystkie możliwe warianty stanów, w jakich znajdują się zakochani „bez pamięci” w sobie ludzie. Wszystko po to, by doszlifować relacje między nami i poznać swoje charaktery, pragnienia…
Był i taki moment w naszym życiu, kiedy go nawet spakowałam i kazałam mu się wyprowadzić, podając przyczynę mojej decyzji, podkreślając przy tym moje słowa grubą kreską.
— Ułatwiam ci tylko kontakt z kumplami!!! Więc nie wiem, dlaczego się dziwisz!!! Jeśli nie masz zamiaru nic ze swoim życiem zrobić…!!!
Jego zachowanie zaczynało być irytujące, a ja dłużej nie miałam ochoty się zamartwiać o to, gdzie on znowu jest i czy coś się nie stało… Podczas gdy on się dobrze bawił!
Kiedy spakowałam jego ubrania do walizki, troszeczkę przystopował, zwyczajnie się przestraszył. Ja natomiast przez jakiś czas sztucznie podtrzymywałam moją decyzję, by sobie nie myślał, że mu po wielkich przeprosinach z bukietem kwiatów w ręku od razu odpuściłam. Zaangażował się nawet w przeprowadzkę do innego mieszkania. Z uwagi na powiększoną rodzinę, potrzebowaliśmy większego metrażu.
Znowu było miło, emocje opadły, przestrzenne mieszkanko, nowe meble…Tylko żyć. Oczywiście do momentu, kiedy pojawił się nowy wspólnik w jego biznesie…
CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.