światło
Pozostała tylko modlitwa o sukces – cz.6
Maj 27, 2014
lotnisko
Pozostało nam tylko cierpliwie czekać – cz.8
Maj 29, 2014
Pokaż wszystkie

Tak blisko naszej wolności a jak daleko – cz.7

wolność

Wsiadłyśmy w pośpiechu do środka.
– Ruszaj! – powiedział donośnym głosem w stronę rikszarza detektyw.
– Mamo, boję się – wyszeptała przerażona córka i zaczęła głośno płakać.
Po chwili i młodszej udzieliła się atmosfera grozy, kilkumiesięczne dziecko nie czuło się bezpiecznie, mimo że siedziało na moich kolanach.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przyłożyć rękę do buzi dziewczynek, by choć przez chwilę zminimalizować ich donośny ton głosu. Obie płakały. Jezu, nikt nie może nas usłyszeć, jesteśmy za blisko — pomyślałam. Przytuliłam je mocno do siebie, a łzy same pociekły mi po policzkach. Odjechaliśmy spory kawałek, w zaplanowanym przez detektywa miejscu czekała nas przesiadka do busa. Na lotnisko oddalone kilka kilometrów musieliśmy dojechać już autem.
— Mam paszporty dzieci? Czy ty też masz swój? — zapytał detektyw w drodze do granicy.
— Tak — odparłam i poprosiłam o papierosa, którego przed opuszczeniem hotelu, zanim jeszcze weszłam do domu męża, oddałam go, towarzyszce mojej podróży na przechowanie. Miała przy sobie tę samą lekko zmiętą paczkę. Złapałam go energicznym ruchem i przystawiłam zapalniczkę.
Zakręciło mi się w głowie, długo nie paliłam. W samochodzie ustalaliśmy wspólnie odpowiedzi na możliwe pytania, jakie mogliby mi zadać celnicy. Nie było to normalne, żeby kobieta podróżowała sama z dwójką dzieci, w dodatku cudzoziemka. W paszportach dzieci widniało nazwisko ojca, co mogłoby wzbudzić podejrzenia strażników. Nerwowo wymyślaliśmy na poczekaniu różne historyjki. Zza okna widać było lotnisko. W mojej głowie czarne scenariusze. Pomimo zorganizowanej akcji, nie czułam się bezpiecznie. Przed nami jeszcze najgorsza chwila, odprawa paszportowa — pomyślałam.
Serce biło mi coraz mocniej, ogarnął mnie strach. Dojechaliśmy na miejsce. Zrobiło się zimno, a lotnisko na dobre pokryły czarne chmury. Wysiedliśmy z auta i skierowaliśmy się w stronę terminala. Wszyscy szli o krok przede mną, tylko ja szłam ostatnia.
Nagle poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Zaskoczona, energicznym ruchem zrzuciłam ją z siebie i spojrzałam z zaciekawieniem, kto mnie zatrzymuje. Zamarłam z wrażenia…
Co on tu robi? Przede mną stał jego starszy brat.
— Chodź ze mną! — rozkazał stanowczym, ale spokojnym głosem, poprawiając opadający z ramienia szal.
— Nigdzie się nie wybieram! A już na pewno nie z tobą! Rozumiesz angielski… – odpowiedziałam.
Rozumiał doskonale, ale to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Ponownie objął moje ramię i zawracał mnie z drogi, w którą stanowczo zmierzałam.
— Zostaw! — krzyknęłam.
Tym razem musiałam użyć więcej siły, by się wyrwać. Stałam przed nim i patrzyłam mu prosto w oczy. Gdzie on dzwoni, cholera, za moment będą tu wszyscy!!! — myśli biegały jak szalone. Patrzyłam na niego i nie dowierzałam, że tu stoi. Po chwili podbiegli do mnie z dziećmi na rękach ludzie detektywa, a on sam zapytał:
— Co się tutaj dzieje, kto to jest? Nie wiedział, kim był ten człowiek i dlaczego się zatrzymałam, nigdy go nie widział.
— To jest jeden z braci mojego faceta, musieli się szybko zorientować!
Zresztą można się było tego spodziewać, pobyt w toalecie małego dziecka nie trwa długo. Wszyscy staliśmy i czekaliśmy, co dalej.
Wyciągnął do mnie rękę z telefonem.
— Czego chcesz?! — mój głos zabrzmiał dość surowo, nie byłam dla niego już taka miła jak wcześniej. Patrzył na mnie wzrokiem pełnym pogardy i z szyderczym uśmiechem na twarzy dodał:
— Porozmawiaj z nim tylko chwilę, proszę.
— Kto to?! — zapytałam i wzięłam do ręki telefon. W słuchawce usłyszałam głos ojca moich dzieci.
— Jutro będę z powrotem, poczekaj na mnie…
Głos w słuchawce był zdezorientowany i zaskoczony, on chyba sam nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń.
— Zwariowałeś! — krzyknęłam. — Nie dam się już więcej nabrać na obietnice. Lecę do Polski i koniec. Bardzo cię proszę, powiedz tylko bratu, żeby nie robił mi problemu.
— Wracaj do domu, bo cię zabiję!!! — aroganckim rozkazującym tonem wydał mi polecenie. Spokój w jego głosie zniknął. Nie chciałam dłużej z nim dyskutować. Nasza rozmowa do niczego nie prowadziła, a jedynie przedłużała moment, kiedy znikniemy za drzwiami budynku i poczekamy spokojnie na wylot. Oddałam telefon.
Zdążyliśmy dosłownie zrobić kilka kroków w stronę głównego wejścia na lotnisko, trzymając bilety w ręku do kontroli, gdy nagle otoczyła nas cała rodzina i ludzie, których nie znałam. Wszystko trwało dosłownie kilka minut. Szarpiąc i przepychając się nawzajem, wyrywaliśmy sobie dzieci… Z tłumu wyłaniały się co chwilę głosy:
— Oddawaj, jestem wujkiem!
— Oddawaj, jestem ciocią!
— To nasze dzieci… Ja natomiast krzyczałam przeraźliwie:
— Ja jestem matką!!! Nie macie prawa…
Trzęsłam się ze strachu jak galareta, z obawy że mogą mi je odebrać. Przyznam, że było ich o wiele więcej niż nas. Nie dowierzałam, jak można było krzyczeć takie bzdury.
— Do cholery, przecież jestem ich matką, a nie jakąś wynajętą na usługach opiekunką.
Z całej szarpaniny udało się nam wyrwać dzieci, ściskając je mocno w ramionach, natychmiast oddaliliśmy się od ogrodzenia, które od drzwi wejściowych i naszych napastników dzielił wąski chodnik. Pokazaliśmy nasze karty pokładowe i właściwie nie weszliśmy, a wbiegliśmy, z wrażeniem, jakbyśmy zostali wepchnięci do środka terminala.
— Dzięki Bogu — westchnęłam z ulgą.
— Co jeszcze może nas spotkać? — zadawałam sobie samej pytania, na próżno męcząc umysł.
Muszę tu dodać, że zasady, jakie obowiązywały na lotnisku, to wejście na teren budynku jedynie za okazaniem biletu na rejs. Nikt inny nie miał prawa wejść pod żadnym pozorem, drzwi były pilnowane przez uzbrojonych ludzi. Wszyscy, rodzina i ich przyjaciele, zostali na zewnątrz. Brak biletu uniemożliwiał im pójście za nami. Choć byli wpływową rodziną, niczego już nie mogli zrobić. Stali tam jeszcze długo i patrzyli przez szyby w naszą stronę.
A co, jeśli uknują jakiś chytry plan i nas tu zatrzymają? — pomyślałam, układając w głowie kolejną historyjkę.
Wystarczyło złożyć raport lokalnej policji, że ich okradłam i po sprawie. To przecież takie proste! Wskazaliby miejsce, gdzie jestem i noc spędziłabym w areszcie, samolot by odleciał, a dzieci wróciłyby z nimi do domu.
— Za ile mamy lot? — zapytałam z przerażeniem. Nie chciałam tu już dłużej zostać.
— Zaraz sprawdzę — odparł detektyw. — Nic się nie martw — dodał.
— Najgorsze za wami, jeszcze tylko kontrola paszportowa i będziecie całkiem wolne.
Żeby tylko wylecieć o czasie — pomyślałam.
Obsługa personelu była bardzo przyjazna, nie czułam żadnego zagrożenia. Nikt mnie o nic nie pytał, w jakim celu przyleciałam do Pakistanu, a nawet o zajście przed drzwiami, bo muszę przyznać, zwróciliśmy uwagę wszystkich w okolicy terminala.
Siedziałam na ławce, tuląc mocno dzieci do siebie, te malutkie istotki też swoje przeżyły. Emocje pomału opadały, choć obraz minionego dnia jeszcze mi towarzyszył, a głowa nie przestawała układać czarnego scenariusza. Z daleka obserwowałam detektywa, jak stoi przy okienku, rozmawia z pracownikiem usług informacyjnych, pokazuje nasze bilety i co chwilę nerwowo spogląda na rozkład lotów.
Co się u licha dzieje? Samolot odleciał bez nas? Dlaczego tak długo tam stoi? — zastanawiałam się zaniepokojona. Machnął jeszcze kilka razy biletami jakby odganiał komary i po chwili był przy nas z powrotem.
— Żartujesz!!! — poderwałam się z krzesła, przeraźliwie krzycząc. Detektyw jednak nie żartował…
CDN

.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.