miejsce
Przystanek w klasztorze na chwilowy oddech – cz.9
Czerwiec 2, 2014
romans
Patrzyliśmy sobie prosto w oczy – cz.11
Czerwiec 4, 2014
Pokaż wszystkie

Ten moment na który czekałam mój rodzinny dom – cz.10

radość

Zgodziłam się na obecność telewizji, która towarzyszyła mi przez cały czas.
Oczywiście za drzwiami domu w Pakistanie byłam zupełnie sama.
Wtedy godziłam się na wszystko nawet na filmowanie mojego prywatnego życia i niestety nie miłej dla mnie osobistej tragedii. Mimo tego nie spodziewałam się aż takiego rozgłosu…

Przepychający się nawzajem dziennikarze zadawali pytania, a blask fleszy oślepiał nas co chwilę.
W tłumie ujrzałam swojego tatę stał i patrzył na mnie.
Kiedy udało mu się wreszcie przecisnąć przez tłumy, widziałam próbował powstrzymać łzy w oczach. Zawsze tak robił, nie lubił okazywać wzruszenia, po prostu taki był i jest.
Gdy przytulił mnie mocno do siebie, do ucha wyszeptał mi słowa.
-Straciłem nadzieję, że wrócisz, przepraszam…
Popatrzyłam na niego, ale nie miałam mu za złe, że się poddał.
-Jeżeli Bóg ze mną to kto przeciw mnie?- cicho odpowiedziałam z odrobiną sarkazmu.

Nawet rodzina w Pakistanie nie potrafiła nas zatrzymać, a mieli całą noc, żeby nas zabrać z lotniska pod jakimkolwiek pretekstem. W końcu byli u siebie w kraju i mieli duże możliwości…
Wszyscy nagle dostali nagłego zaćmienia umysłu. Czy to przypadek? Nie sadzę. Po prostu towarzyszyła nam jeszcze jakaś wyższa nieokreślona siła. Dziś tak myślę. Mama nie witała mnie na lotnisku, nawet nie wiedziała o niczym. Trzymaliśmy to w tajemnicy. Po co było ją dodatkowo stresować. Nie zmieniło by to niczego. Jej stan zdrowia nie pozwalał na to, aby cokolwiek jej mówić. Zobaczyła dopiero w wieczornych wiadomościach, ale już wtedy byłam przy niej.
Z lotniska pojechaliśmy prosto do hotelu, udzielałam wywiadów, opowiadałam, jak wyglądało życie u boku jego rodziny…
Gdy już ucichły pytania, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta, po prostu do domu.
Telefony nie przestawały dzwonić. Miejscowe gazety, czasopisma, wszyscy oczekiwali wyjątkowej, indywidualnej, wręcz nie powtarzalnej informacji dla siebie jako materiał do publikacji.
Przepychanki prasowe rzecz oczywista- myślałam. Ale zaczynało mnie to pomału męczyć. Powrót do przeszłości nie pozwalał mi zapomnieć, a wręcz przeciwnie, rozdrapywał rany, które i tak jeszcze się nie zabliźniły. Nie tego pragnęłam w tym czasie… Chciałam zamknąć się sama w pokoju i nie wychodzić z niego, chociaż przez dobę. Potrzebowałam odpoczynku, wyciszenia. Chciałam skonfrontować się z własnymi myślami…

Dni mijały bezpowrotnie, a ja czułam, że gubię własną drogę życia…
Huśtawka nastrojów wręcz nie odstępowała mnie na krok.
Próbowałam, ale nie mogłam do końca się odnaleźć po tym, co spadło na mnie tak nieoczekiwanie.
Patrzyłam na dzieci i choć ich uśmiech wiele mi rekompensował, minione już wspomnienia i smutną teraźniejszość, ja i tak w swojej wyobraźni widziałam obraz mojego partnera.
Skryłam jego imię w moim sercu tak głęboko, że nikomu nie przyszłoby do głowy, że nadal o nim myślę, ja myślałam, może już z lekkim dystansem, ale wciąż myślałam…
Przypominałam sobie wspólne chwile i te dobre, i te złe.
Gotowa byłam mu wszystko wybaczyć, pomimo tego, co zrobił i znowu być razem. Nie wierzyłam do końca, że porwanie dzieci było jego świadomą decyzją i to, że sam ją podjął. Jeśli nie chciał być ze mną, mógł po prostu powiedzieć. Zrozumiałabym. Ale nie od razu odbierać mi dzieci. To było podłe, również w stosunku do ich samych.
Zawsze chciałam, aby dziewczynki miały tatę i mamę przy sobie. Zniosłabym wiele, to chyba naturalne…

Miesiące mijały, pieniądze się kończyły, a ja nadal szukałam pracy. Bez rezultatu. Małe miasto dawało się we znaki, zwyczajnie czułam, że się duszę. Co dalej będzie, jak utrzymam nas wszystkie…? Pytałam siebie, czarno to wszystko widząc.
Przy okazji zgryźliwe uwagi osób trzecich.
„Należało się jej, po co jej obcokrajowiec, mało tu Polaków…” Znosiłam i takie komentarze. Nie usprawiedliwiałam się.
Skoro tak ludzie to odbierają, ich sprawa- myślałam.
Każdy potrafi tylko oceniać, ale nikt nie zapuka do drzwi z miską zupy, a tym bardziej nie opłaci moich bieżących rachunków.
Po prostu kochałam go, jako człowieka i takim, jakim był. Nie obchodziło mnie, z jakiego kraju pochodzi i jakiego jest wyznania. Serce nie sługa, a rozum nie zawsze chce dojść do głosu.
Byli i tacy, którzy mówili:
-Wracaj nie masz tu przyszłości! Małe miasto, dzieci rosną, trzeba im zapewnić wraz z upływem czasu dużo więcej. Rusz się, marnujesz się tutaj…

– Wróć do niego, wszystko się wyjaśni, macie dwoje dzieci- podpowiadali życzliwi ludzie. Wtedy siadałam, i znowu myślałam…
Skoro związek nasz połączyło prawdziwe uczucie, może w tym jest jakieś ziarenko prawdy, ale jak dalekie obecnie od rzeczywistości do zrealizowania…

Wiedziałam sama, że wcześniej czy później stąd wyjadę. Tam gdzie ostatnio mieszkałam przez trzy lata, mam grono przyjaciół, szybko znalazłabym pracę.
Co robić? Wracać, nie wracać… Sama? Z dziećmi? Zadawałam sobie pytania. Nie wiedziałam, co mam zrobić…
Z jednej strony gotowa byłam wyjechać sama, ale nie potrafiłam zostawić dziewczynek na długo.
Starsza córka, kiedy wychodziła z moim tatą na spacer, pytała nieufna.
– Nie lecimy nigdzie samolotem, prawda dziadku? Wrócimy do mamy ze spaceru…
Miała już prawie trzy latka. Choć i tak była wciąż za mała, by wiedzieć, co się wydarzyło, ale widocznie i w tym wieku, zdążyła doświadczyć osobistej traumy, której w żaden sposób nie rozumiała. Na karuzelę też nie dała się zaciągnąć, choć wcześniej uwielbiała się kręcić.

Z drugiej zaś strony zabrać ze sobą i narazić je i siebie na przysłowiową powtórkę z rozrywki? Przeżyć to po raz drugi? Nigdy w życiu! Ciarki przechodziły mi po ciele, kiedy o tym myślałam.
Planowałam, rozważałam, i tak w kółko, a czas leciał…

Znajomi informowali mnie regularnie, co robi mój „były”, gdzie mieszka, czym się obecnie zajmuje. Nie ukrywam, chciałam to wiedzieć. Byłam gotowa spojrzeć mu prosto w twarz…
Role się odwróciły- pomyślałam zawistnie.
Teraz ty zobacz, jak to jest, poczuj to, co ja czułam, kiedy…
On natomiast przez cały ten czas szukał ze mną kontaktu.
Do Polski nie miał odwagi przyjechać, telewizja zrobiła swoje, wiedział o emisji.
Prosił każdego z moich znajomych o telefon do mnie. Wreszcie go otrzymał…

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.