światło
Nieplanowana noc we dwoje – cz.30
Listopad 5, 2014
skrzydła
Anioł na drodze do wybawienia z opresji – cz.32
Listopad 20, 2014
Pokaż wszystkie

Wstyd który wydawał się nie mieć końca – cz.31

smutek

Zostaliśmy w hotelu. Spędziliśmy w nim wyjątkowo romantyczną noc, jak przed laty, kiedy to nie będąc jeszcze rodzicami, robiliśmy sobie spontaniczne wypady za miasto.
Poranne słońce swoimi promieniami pukało do okna. Otworzyłam oczy, wybranek mojego serca już nie spał. Siedział w fotelu, patrzył w telewizor i sączył drinka.
— Oszalałeś!? Szkoda ci zostawić zawartość butelki? Lepiej byś coś zjadł! Zaraz znowu będziesz wstawiony! Uśmiechnął się, nic nie odpowiedział.
Spojrzałam na zegarek, zostało nam niewiele czasu do oddania kluczy w recepcji. Wstałam z łóżka i zaczęłam krzątać się po pokoju.
— Co robisz!? Usiądź koło mnie!
— Jak to co? Za godzinę musimy się wymeldować — grzecznie go poinformowałam.
Nic nie odpowiedział, siedział nadal bez ruchu i patrzył raz na mnie, raz w ekran. Wzrokiem marzyciela. Odniosłam wrażenie, że jest mu tu dobrze i nigdzie się nie wybiera, jakby przebywał w innym świecie i cała reszta nie istniała.
— Zostańmy jeszcze jedną noc?!
— Nie!
— Dlaczego? Jeszcze tylko jedna, jedyna noc!? — nalegał.
— Wiesz dobrze, że zostałabym! Ale przyjaciółka i dzieci czekają! Nie można tego przedłużać w nieskończoność!
Zauważyłam w jego zachowaniu coś dziwnego, co mnie lekko zaniepokoiło i przyznam, wywołało mieszane uczucia. Nie spodobała mu się moja odpowiedź, a raczej nie dotarły do niego moje słowa. Z jego mimiki twarzy wyczytałam niezadowolenie. Czułam jak z minuty na minutę narasta w nim gniew spowodowany, jak sądziłam, moim zdecydowanym wybieraniem się na lotnisko.
Lot miał się odbyć dopiero wieczorem, ale co było robić. Bez sensu płacić kolejną dobę hotelową tylko po to, aby przesiedzieć w pokoju kilka godzin. Wolałam, abyśmy opuścili hotel. Wszystko się kiedyś kończy i nasz pobyt też. Gdyby nie obowiązki dnia codziennego, skusiłabym się na jego propozycję bez najmniejszego namysłu.
Czasami denerwowała mnie w jego charakterze ta beztroska, jemu nigdy nic nie wydawało się problemem. Do wielu spraw podchodził lekceważąco, nie potrafił i nadal nie potrafi oddzielać przyjemności od obowiązków. Podchodził egoistycznie do życia, liczyło się to, co on czuje, na co ma ochotę, odkładając jednym zdaniem wszystko inne na „jutro”, dużo mówił i obiecywał, a w rzeczywistości nie robił nic.
Jego opór rósł z minuty na minutę, wręcz uporczywie prosił o kolejną noc. Moje argumenty wypowiadane w delikatny sposób, aby nie rozpętać jakiejś wojny między nami, nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W końcu puściły mi nerwy i uniesionym głosem powiedziałam stanowczo:
— Ja wracam, a ty rób, co chcesz!!!
Po moich słowach patrzył już na mnie z ogromną nienawiścią w oczach, jakby jakiś demon w nim zamieszkał. Nie był tym samym człowiekiem, z którym spędziłam sympatyczny wieczór i cudowną noc. Dosłownie w ciągu kilkunastu minut stał się kimś zupełnie innym, agresja zaczynała królować. Kiedy już zamykałam drzwi od pokoju hotelowego, zerwał się z fotela i się zaczęło…
Wiedziałam dobrze, że nie zostanie sam, ale innego sposobu nie było, by go podnieść z fotela. Jedyną rzeczą, jaką mogłam zrobić, gdybym wtedy przewidziała jak wyglądać będzie mój spacer na lotnisko i oczekiwanie na lot, była tylko akceptacja jego prośby, czyli moja zgoda na jeszcze jedną noc. Nie mogłam już sobie na to pozwolić. I tak miałam wystarczające wyrzuty sumienia w stosunku do opiekunki i dzieci.
Choć nie żałowałam żadnej chwili spędzonej z nim w hotelu, bez żadnych dyskusji w myślach za i przeciw mówiłam stanowcze „nie”. Bez względu na konsekwencje.
Załatwiłam wszystkie formalności na recepcji związane z meldunkiem. Wyszłam na zewnątrz, on po chwili za mną. Kiedy po upływie dobrych kilku minut, odwróciłam się w jego kierunku, zamarłam. Ja ciągnęłam naszą walizkę, on natomiast trzymał w ręku niedokończoną butelkę whisky. Ten widok zupełnie mnie sparaliżował na kilka dobrych sekund.
— Wiedziałam!!! Cholera, wiedziałam!!! — mówiłam do siebie, zakrywając twarz rękoma z wrażenia.
Osobiście spodziewałam się takiej reakcji z jego strony, ale tylko chwilowej. Nie sądziłam, że zachowa się jak zwykły prostak, a jego złość będzie trwała tak długo.
Pomimo obrazu, jaki zobaczyłam, szłam przed siebie drogą na lotnisko. Była ona dla mnie jak obraz z koszmaru, nie potrzebowałam filmów z adrenaliną, miałam to wszystko w realu. On zachowywał się jak niewychowany gówniarz, a może i gorzej, jak jakiś zwyrodnialec, dręczyciel.
Idąc jakieś kilkanaście kroków przed nim, słyszałam, jak kopnął w przydrożny śmietnik. Krzyczał w moim kierunku, a właściwie darł się jak opętany. Ty kurwo, dziwko, poczekaj szmato itp.
Długo by wymieniać. Oczywiście wszystkie słowa, które padały z jego ust, były w wersji angielskiej.
Zatrzymywałam się nieraz. Choć gotowało się we mnie ze złości i wstydu, starałam się najspokojniej w świecie ugasić jego otwartą agresję w stosunku do mnie. Wymyślałam tematy rozmowy, aby go czymś zainteresować, byleby tylko odpuścił. Kiedy i to zawodziło, brałam go na litość. Próbowałam wszystkich sposobów, jakie tylko przyszły mi do głowy tego poranka.
Nie pomagało dosłownie nic. Zionął agresją jak smok.
Pamiętam, działo się to przed południem i „na szczęście” mijaliśmy niewielu przechodniów.
On sam powinien z perspektywy czasu cieszyć się tym faktem mi dziękować Bogu, bo z pewnością źle by się to dla niego skończyło. Oberwałby na pewno za swoje naganne zachowanie, gdyby tylko spotkał na swojej drodze ludzi mniej wyrozumiałych i obraził ich, a dużo mu nie brakowało.
Kiedy próbował zaczepić przechodnia, podbiegałam, odciągałam go i przepraszałam w jego imieniu. Głupia byłam wtedy i tyle. Powinnam była go zostawić na przysłowiową „pastwę losu”, niech robi, co chce. Wtedy zapewne szybko by wytrzeźwiał, ale ja chyba musiałam się jeszcze bardziej upokorzyć, rozczarować i zranić własne uczucia, żeby coraz bardziej utwierdzać się w narastającym coraz częściej we mnie przekonaniu, że nie jest to człowiek, z którym powinnam spędzić resztę życia.
Dziś, kiedy staram się dokładnie odtworzyć przeszłość, uczucia związane z tym wydarzeniem powracają. Niestety czas nie zagoił ran i do dziś targa mną złość do samej siebie, że po raz kolejny dałam mu przyzwolenie na to, by mną pomiatał.
Droga na lotnisko trwała dla mnie nie trzydzieści minut, ale chyba ze dwie doby i wypompowała mnie emocjonalnie do cna. Kiedy tam wreszcie dotarliśmy, on usiadł na murku przed drzwiami, ja natomiast weszłam do środka. Podeszłam do biura obsługi klienta.
Zapytałam o naszą rezerwację, wolałam być pewna, że mamy lot, a jego brat wykonał zadanie bez żadnych pomyłek, jak godzina i dzień wylotu.
Wszystko się zgadzało, ale zanim jeszcze usłyszałam te słowa od pani zza okienka, za moimi plecami stało już dwóch panów w mundurach oznakowanych jako straż graniczna…
CDN

2 Komentarze

  1. Roksana pisze:

    Musialobyc naprawde upokarzajace.Nawet nie potrafie sobie tego wyobrazic.Moj mimo ze nie pije tez potrafi mnie zawstydzic swoim zachowaniem.Prawdopodobnie tez zwiazane z ich kultura nie wiem.

  2. admin pisze:

    Oj było upokarzające i pomimo tego, że minęły od tego czasu trzy lata, ja nadal choć już trochę przez mgłę, mam ten obraz przed oczami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.