widok
Lęk wysokości odmawiał mi spokojnego oddechu – cz.20
Lipiec 28, 2014
buty
Maleńka miłość zapukała do życia – cz.22
Sierpień 15, 2014
Pokaż wszystkie

Znacząca pomyłka i palmy za szkłem – cz.21

terminal

Spakowaliśmy wszystko do walizek, których zrobiła się znacznie większa liczba od tej, zanim jeszcze przylecieliśmy do Pakistanu. Dodatkowe zakupy i upominki od najbliższej rodziny zwiększyły liczbę naszych toreb dość znacząco. Biżuteria na zamówienie oraz ślubna sari zostały w szafie. Nie wiem, dlaczego nie chciałam ich ze sobą zabrać, być może wywołały we mnie złe wspomnienia. Śmierć w rodzinie mojego męża spowodowała, że nie miałam okazji jego założyć.
Na skromnej ceremonii ślubnej, która miała miejsce w rodzinnym domu, byłam zupełnie inaczej ubrana…
Mój mąż otrzymał wizę wraz z kilkudniowym zaproszeniem od kuzyna, który mieszkał na stałe w Dubaju i który miał zorganizować nam pobyt na tym terenie. Natomiast nasze wizy miało nam wydać pakistańskie biuro podróży. Kiedy je odwiedziliśmy, poinformowano nas, że nie potrzebujemy wizy do Dubaju i możemy swobodnie przekroczyć granice…
Pożegnaliśmy się z rodziną i wsiedliśmy do samolotu. Dwie godziny później byliśmy już na terenie w Abu Zabi. Przy dwu godzinnej zmianie czasowej na zegarku wybiła godzina siedemnasta.
Podeszliśmy do odprawy. Kiedy nadeszła nasza kolej do kontroli granicznej, podaliśmy celnikowi nasze paszporty. Staliśmy wszyscy w milczeniu. Minęło jakieś kilka minut, zanim celnik przekartkował nasze małe książeczki tożsamości, spoglądając na nas co chwile. Kiedy już zakończył kontrolę, z lekkim uśmiechem na twarzy oddał je nam z powrotem, dodając że mój mąż może wejść, natomiast cała nasza piątka, niestety nie. Powód? Brakuje w nich wizy.
Na początku myślałam, że coś źle zrozumiałam. Chciałam się upewnić i po raz kolejny poprosiłam o powtórzenie tego, co powiedział…
Nie myliłam się ani trochę. Nie mogliśmy wejść do miasta bez wizy i choć błagalnie tłumaczyłam, że nie mamy zamiaru zostać na tym terenie i zaraz wsiadamy w autobus, który zawiezie nas prosto do Dubaju, to i tak moje starania odbiły się bez echa. Nie interesowało to strażnika nic a nic. I słusznie, nie powinnam była nawet nic jemu tłumaczyć, miał swoje przepisy i twardo się ich trzymał. Oczywiście, gdyby to było lotnisko w Dubaju, taka sytuacja nie miałaby miejsca. Zjednoczone Emiraty Arabskie podzielone są na siedem stanów i każdy z nich rządzi się swoimi prawami.
Odeszliśmy znacząco od miejsca odprawy i postanowiliśmy spróbować jeszcze raz, kiedy tylko zmieni się obsługa. I tak nie mieliśmy nic innego do roboty, nasze bilety do Brukseli były zabukowane na kilka dni do przodu. Gdy personel już się wymienił, podeszliśmy do odprawy ponownie.
– To nie przejdzie!? Jesteśmy naiwni! Ten celnik też będzie szukał wizy!? – komentowałam w myślach, wyciągając wszystkie nasze paszporty do kontroli. W ciszy z wstrzymanym oddechem czekaliśmy na ostateczną odpowiedz. Strażnik pokręcił głową i nie musiał się już powtarzać.
Tak jak myślałam, tak tak się stało, nie wypuszczono nas z lotniska…
Nie wiedziałam, czy płakać, czy się śmiać. Nie docierała jeszcze wtedy do mnie ta myśl, że ugrzęźliśmy na lotnisku. Spojrzałam na mojego męża i zapytałam:
– Co teraz!? Co zrobimy?
Mąż ze zdezorientowaną miną wzruszył tylko ramionami.
-Czy ty w biurze turystycznym mówiłeś, że mamy lot do Abu Zabi!!? – zapytałam z lekkim zdenerwowaniem.
– Tak – odpowiedział stanowczo.
– Czy oni w tym biurze w ogóle mieli pojęcie, gdzie potrzebna jest wiza, a gdzie nie!? – dodałam.
Zamyślił się i po dłuższej chwili ze stoickim spokojem, odpowiedział:
– Sam przekroczę granicę i wyrobie je wam na miejscu, tak jak zrobił to dla mnie mój kuzyn.
Po czym zniknął za drzwiami, za którymi przez szklane szyby widać było błękitne niebo i lśniące promienie słońca przebijające się przez drzewa palmowe.
Zostaliśmy na lotnisku, nic innego nie mogliśmy zrobić. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni. Nie sposób je było ciągnąc za sobą… Bagaży było za dużo. I pomimo tego, że było nas troje dorosłych, mieliśmy jeszcze dziewczynki pod opieką, które to nie potrafiły usiedzieć w jednym miejscu, pośród masy przechodzących obok nas pasażerów.
Lotnisko kilku piętrowe, dość przestrzenne, bary, sklepy, palarnia z plazmowym telewizorem, w którym leciały non stop wiadomości, a nawet hotel dla podróżnych. Mój mąż przed wyjściem na zewnątrz terminala dał mi numer do kuzyna oraz kartę do budki telefonicznej. Nie pamiętam, dlaczego nie mogłam korzystać z osobistej komórki. Kilka lat wstecz zrobiło swoje, niektóre fakty uciekły mi zwyczajnie z pamięci.
Uwięzieni, bezsilni wobec panującego prawa emiratów, staraliśmy się urozmaicać sobie czas. Odwiedzaliśmy sklepy, ale nic nie kupowaliśmy. Przesiadywaliśmy w restauracjach. Zmienialiśmy miejsca widokowe…
Agencje linii lotniczych uporczywie szukali dla nas wolnych miejsc w samolotach do Europy, ja natomiast stanowczo odmawiałam. Uparta byłam jak osioł. Z uporem maniaka czekałam na nasze wizy, choć gdzieś głęboko w mojej podświadomości wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, kiedy będę musiała zgodzić się na proponowany lot do Europy. Kiedy usłyszałam od męża, że musimy czekać do rana, wzięłam głęboki oddech…
Zrobiło się późno, około północy. Wszyscy zaczęliśmy odczuwać zmęczenie.
Hotel na lotnisku był zapełniony po brzegi, nie było szans na nocleg. Recepcjonista znalazł nam pokój, ale tylko dwuosobowy. Chcieliśmy choć na chwilę uciec od szumu i zgiełku, jaki panował na terminalu. Nie był to pokój komfortowy… ale za to miał cenę mocno wygórowaną.
Skoro świt, gdy cała reszta jeszcze spała, wyszłam na zewnątrz w poszukiwaniu kawy i budki telefonicznej.
Obudziłam małżonka telefonem, tak dla pewności, by nie zapomniał o naszych wizach. Zdawałam sobie sprawę, że jest wczesna pora, jak i z tego, że lubi sobie pospać…Postanowiła co jakiś czas do niego dzwonić…
Wróciłam do hotelu, gdzie spędziliśmy jeszcze trochę czasu zanim skończyła nam się doba hotelowa. I znowu koczowaliśmy na lotnisku w poczekalni… Przy okazji zdążyliśmy zwrócić na sobie uwagę ochrony lotniska. Po raz kolejny poinformowali mnie, że jeżeli nie opuścimy terminala do siedemnastej, będą zmuszeni zamknąć nas w areszcie za nieprzestrzeganie przepisów. Na terminalu nie można było przebywać dłużej niż 24 godziny w dodatku bez celu. Choć tłumaczyłam, że czekamy na wizy, to i tak nie miało to dla nich żadnego znaczenia.
Przepisy obowiązywały wszystkich podróżujących, a ja na dodatek uporczywie odmawiałam proponowanych przez nich lotów. Po takiej informacji nie chciałam ryzykować. Zostało nam jakieś pięć godzin do aresztu. Zerwałam się z krzesła, udając się w stronę budki telefonicznej. Wykręciłam numer do męża. Oczywiście nikt nie odbierał, a ja uporczywie dzwoniłam dalej, aż wreszcie po dość długiej chwili oczekiwania” łaskawie” odebrał telefon.
Było południe i jak się domyślałam, on po prostu beztrosko leżał w łóżku, kiedy my koczowaliśmy na lotnisku. Moje wcześniejsze pobudki nie przyniosły żadnych rezultatów.
– Co za brak odpowiedzialności? Ty jeszcze śpisz!!! – krzyczałam do słuchawki.
– Czekaj cierpliwie – odpowiedział zaspanym głosem.
Oczywiście mogłam się tego spodziewać, nigdy nigdzie mu się nie spieszyło. I w ogóle nie mogłam się z nim wtedy dogadać. Odłożyłam słuchawkę. Byłam taka na niego wściekła…
Jego brak odpowiedzialności po raz kolejny dosłownie zwalił mnie z nóg, nie chciało mi się z nim dłużej rozmawiać… Agencja znalazła nam nam wolne miejsca w samolocie do Paryża. Tym razem zdecydowanie powiedziałam tak. Wylecieliśmy o czternastej. Zaraz po starcie samolotu zwyczajnie się popłakałam z żalu, że byłam tak blisko miejsca, które bardzo chciałam zobaczyć… Płacz przeplatał się ze złością do mojego faceta, który tak lekkomyślnie po raz kolejny podszedł do wszystkiego…
Mój mąż dotarł do domu cztery dni później po naszym powrocie, zrelaksowany i zadowolony. W ręku trzymał tylko reklamówkę… Kiedy dyskutowaliśmy, on stanowczo twierdził, że wizy były gotowe o godzinie piętnastej, których i tak nigdy nie zobaczyłam na oczy.
Miałam mu za złe, że tak beztrosko potraktował zdarzenie, jakie miało miejsce w Abu Zabi, a osobiście świetnie się bawił. Podczas kiedy my obładowani bagażami z dwójką małych dzieci, lądując późną porą na lotnisku w Paryżu, nie mieliśmy jak się dostać bezpośrednio do domu i znowu musieliśmy szukać kolejnego noclegu, czekając aż wstanie słońce…
CDN

3 Komentarze

  1. Gosia pisze:

    przeczytalam Wszystko jednym tchem … bardzo wciaga i czekam z niecierpliwoscia na cd … 😉
    jestem pelna podziwu !!!

  2. admin pisze:

    Fajnie ze ci się podoba,pozdrawiam.

  3. dinn pisze:

    Trzeba to było wydać jako książkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.