materiał
Kryzys który prowadzi do ślubu – cz.17
Czerwiec 28, 2014
samotność
Na przekór naszemu przeznaczeniu – cz.19
Lipiec 3, 2014
Pokaż wszystkie

Życie podjęło decyzję wesela nie będzie – cz.18

dłoń

Usiedliśmy na tapczanie, i zaczęliśmy prowadzić szczerą rozmowę.
-Kto ma z nami jeszcze lecieć? – zapytał zdziwiony.
-Mój tata i nasza wspólna znajoma, która dużo nam pomogła… Kiedyś jej obiecałam.
– Zapomniałeś? – dodałam, natychmiast wyrzucając stosowne argumenty z rękawa. – Skoro mamy wziąć oficjalny ślub… powinien być ktoś z moich rodziców, nie uważasz? – wyraziłam się o wiele jaśniej. Patrzyłam na jego reakcję. Zamyślił się chwilę wodząc oczami po suficie, ale nie oporował. Zgodził się, by i oni lecieli razem z nami…
Mojemu tacie nie uśmiechały się tzw. wakacje w Pakistanie. Ale mój upór, a właściwie szantaż emocjonalny zrobiły swoje. Zgodził się i na dzień przed terminem wylotu gościł w naszym domu.
Mama mojej przyjaciółki też zaakceptowała moją propozycję i była gotowa lecieć razem z nami.
Azja to był nasz kierunek.
Dużo mówiło się wtedy o malarii i wielu innych chorobach, którymi można się było zarazić i nawet przywieść do Europy… Zasięgnęłam porady lekarza.
Otrzymałyśmy wszystkie niezbędne szczepienia, tak na wszelki wypadek.
-Taksówka już czeka! – zawołał donośnym głosem mój kochany, zamykając okno. Jeszcze raz spojrzałam na nasze walizki. – Chyba mamy wszystko: lekarstwa, syropy, paszporty… – głośno pytałam samą siebie. Na lotnisku odprawa poszła nam dość sprawnie.
Sześć godzin lotu i przystanek w Abu Zabi. Pauza na papierosa, zmiana strojów w toalecie na luźne bluzki zakrywające nasze kobiece kształty, choć nikt nam nie kazał tego robić.
Przesiadka do innego samolotu, który po dwóch godzinach wylądował w miejscu docelowym.
Nie miałam tym razem złych przeczuć. Może dlatego, że lecieli ze mną moi bliscy i czułam się przy nich bezpiecznie?
Wyszliśmy z lotniska.
– To już pięć lat – pomyślałam, rozglądając się wokół siebie.
Po spotkaniu w Londynie z matką mojego wybranka i niejedną wizytą siostry u nas w domu… byłam dość pozytywne nastawienie do jego rodziny. Co zaważyło w dużym stopniu na mojej decyzji naszego przylotu do Pakistanu. Choć w bardzo malutkim procencie do końca nie byłam pewna, czy aby dobrze robię i czy nic mnie znowu nie zaślepiło. Na miejscu czekała na nas dosłownie delegacja z kwiatami… Nawet mój tata dostał bukiet. Kiedy mu je wręczyli, a on je przyjął, spojrzałam na jego imię, była bezcenna. Śmiesznie to wyglądało. Ewidentnie obyczaje i kultura nie są kompatybilne w każdym miejscu na ziemi. Ale i tak było to miłe z ich strony. Witali nas na swój sposób. Nikt nie miał nic przeciwko… Liczyła się intencja.
Kamień spadł mi z serca. Pierwsze koty za płoty – pomyślałam, uśmiechając się trochę sztucznie.
Po wymianie uścisków wszystkich ze wszystkimi wsiedliśmy w samochody, które zabrały nas do domu. Tego samego, z którego wydawałoby się jeszcze nie tak dawno uciekłam.
Dostaliśmy swoje pokoje, a w szafie czekały już na nas ubrania. Zupełnie nowe uszyte na nasz rozmiar i tylko do naszego użytku.
Z nieba lał się żar, było bardzo gorąco, a raczej parno. Naturalny jedwab był naprawdę bardzo mile widziany o tej porze roku. Bez zastanowienia po szybkim prysznicu wskoczyłam w pierwszy lepszy strój, zdejmując go z wieszaka. Przygotowali się na nasz przyjazd w każdym detalu. Byliśmy naprawdę mile zaskoczeni. Półki w szafie były puste niczym w hotelu, mogliśmy swobodnie rozpakować nasze walizki.
Drzwi wejściowe wychodziły na wąską ulicę.
Dzielnica niezbyt ciekawa. Przeważała w większości mniej zamożna klasa społeczna. Nic się nie zmieniło do ostatniego razu, jak tu byłam. Kable elektryczne wiszące nad głowami, nierówne, pełne dziur drogi, brak dbałości o czystość i wygląd zewnętrzny ulic.
W środku domu inny świat. Podłoga wyłożona marmurami w jasnym kolorze… Jednym słowem komfort i wygoda. Umeblowanie całkiem przyzwoite, w pokojach klimatyzacja, coś na zasadzie banków w Europie. Przyjemny chłodek, który łagodził skwar za oknem.
Zatrudnili na czas naszego pobytu dodatkowo dwie pomoce domowe. Sprzątały one pokoje, prasowały, pomagały przygotowywać obiad, zbierały nasze brudne ubrania…
Pomoce domowe były dostępne na każdą naszą prośbę.
Po wypakowaniu walizek oraz swobodnym zwiedzeniu całego domu usiedliśmy do wspólnej kolacji. Stół we wnęce kuchennej nie był wykorzystany, pełnił chyba rolę dekoracji, natomiast my wszyscy jedliśmy, siedząc na podłodze w salonie. Taki panował u nich zwyczaj. Dopiero po upływie kilku dni zaczęliśmy przy nim jadać posiłki…
Trochę też potrwało, zanim przystosowaliśmy się do innej strefy czasowej.
Cztery godziny różnicy pomiędzy Pakistanem a miejscem, gdzie mieszkaliśmy w Europie.
Dni mijały nieubłaganie…
Widziałam moje ślubne sari. Po mojej przymiarce zostało ono oddane w dobre ręce: haftowane przez profesjonalistę w przepiękne mozaiki.

Wzór złotej biżuterii z katalogu wybrany przeze mnie wytapiał się w zakładzie jubilerskim.
Zakupy w ekskluzywnym centrum handlowym z siostrami przyszłego małżonka. Beatty Palace, zamówione tylko dla mnie.
Miejsce na przyjęcie ustalone, porcelana wynajęta, ponad tygodniowy program rozrywek dla gości zorganizowany. Przygotowania szły pełną parą… Wszystko kręciło się wokół ślubu i wesela.
W między czasie zwiedzaliśmy zabytki, byliśmy na przejściu granicznym między Pakistanem a Indiami.
Dwa razy dziennie o określonej godzinie otwierała się brama graniczna pomiędzy państwami.
Po spektakularnej scenie odegranej przez wojska obu stron z towarzyszącą ogromną masą widowni
można było swobodnie przejść na drugą stronę, ale tylko pieszo, oczywiście za okazaniem paszportu lub wizy.
Odwiedzaliśmy wciąż centra handlowe, uliczne bazary, wesołe miasteczko… Dzielnice dla bogaczy i tych, którzy spali na wysypiskach śmieci.
Co jakiś czas z ulicznych głośników wydobywał się dźwięk. Słychać było wersety Koranu. Kobiety zakładały wtedy chusty na głowę jako wyraz szacunku. Nie chciałam się wyróżniać z tłumu, więc zachowywałam się dokładnie jak one. Moje niebieskie oczy oraz inny charakterystyczny wygląd twarzy wzbudzały zainteresowanie przechodniów, w szczególności mężczyzn. Ich wzrok nieraz czułam na sobie. Na początku było to bardzo zabawne, czułam się jak jakaś znana postać, ale z upływem czasu robiło się to coraz bardziej męczące. Nie chciałam kusić losu, więc zakrywałam głowę sama…

Jeżeli zachodziła taka potrzeba, bawiłam się w lekarza.
Przy takim zaopatrzeniu mojej apteczki pierwszej pomocy, jaką przywiozłam ze sobą, inaczej bym siebie nie nazwała.
Dzieciom opatrywałam zdarte kolana, leczyłam mól głowy i złe samopoczucie dorosłych…
A było komu pomagać, rodzinę mieli naprawdę liczną.
Bardzo utkwił mi w pamięci fakt, kiedy to władze miasta zarządziły z powodu panujących upałów, że z zegarkiem w ręku co dwie godziny wstrzymywana będzie dostawa prądu. Więc na jedną godzinę gasło całe miasto.
Przywilejem było posiadanie własnego agregatu wytwarzającego prąd. Kiedy gasły światła, włączało się takie urządzenie i dom nadal świecił, lodówki pracowały… Niestety tylko nielicznych mieszkańców stać było na taki komfort. My go mieliśmy. Pomimo że agregator robił dużo hałasu, mogliśmy to znieść. Jednym słowem, coś za coś.
Ślub zbliżał się wielkimi krokami. Im bliżej uroczystości, tym większe zamieszanie.
Wszyscy biegali, a ja nie miałam bladego pojęcia dokąd i w jakim celu. Mogłam się tylko domyślać, że chodzi o nasz ślub… Moim zadaniem było w dniu ślubu i okresie uczt weselnych wyglądać czarująco. Wszystko było już dopięte prawie na ostatni guzik.
Piękna sari o tęczowych kolorach i cudownym hafcie wisiało w szafie, biżuteria w dłoni…

Pewnego popołudnia robiłam sobie kawę. Wszystkich gdzieś wymiotło, nawet mojego przyszłego męża nie było w domu. W oddali słyszałam rozlegający się dźwięk stacjonarnego telefonu. Potem uniesienie słuchawki i cisza.
Kiedy przechodziłam z kubkiem w ręku obok pokoju przyszłej teściowej, zatrzymałam się na chwilę. Spojrzałam w jej stronę. Wyraz jej twarzy nie zwiastował dobrych wiadomości.
Siedziała na tapczanie ze słuchawką w ręku, nic nie mówiła. Kiwała tylko głową.
Stałam naprzeciw niej, patrzyłam na nią i zupełnie nie miałam pojęcia, co się dzieje.
Spojrzała na mnie, po czym spuściła wzrok, kontynuując rozmowę.
Nie było nikogo w pobliżu, kto mógłby mi coś powiedzieć, a ja czułam, że coś jest nie tak. Gdzie on jest do diabła!? Jak zwykle go nie ma, kiedy jest potrzebny!!! Wzdychałam ze złością do samej siebie. Nieraz byłam na niego zła za takie zachowanie. Wzięłam głęboki oddech i poszłam do swojego pokoju. Upłynęło trochę czasu, wszyscy domownicy zaczęli powoli wracać.
Oczywiście mój partner dotarł do domu ostatni, przy tym lekko wstawiony. I choć panuje w tym kraju prohibicja, wcale nie przeszkadzało mu to w zdobyciu alkoholu.
– Synu, co ty robisz ze swoim życiem? – ze stoickim spokojem, kręcąc głową, komentował jego ojciec, wyczuwając alkohol. Matka też nie była zachwycona postępowaniem własnego syna.
On patrzył na nich, nic nie mówił. Uśmiechał się tylko pod nosem. Tyle go obchodziły opinie rodziców… Nie raz przerabiałam takie jego zachowanie, więc stałam, patrzyłam na nich i tyle, co mogłam zrobić w tej sytuacji. Rozmowa z nim na temat alkoholu to jak rzucanie grochem o ścianę.
Szkoda czasu i nerwów.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju. Usiadłam w korytarzu i obserwowałam ich z oddali.
Rozmawiali z nim i co jakiś czas spoglądali na mnie. Widziałam zaskoczenie w jego oczach.
Czułam, że coś jest nie tak. I że nie chodzi tu o alkohol. Wstał z tapczanu, gdzie siedzieli we trójkę, i podszedł do mnie. Spokojnie, ale stanowczo przekazał mi wiadomość.
– Kochanie wesela nie będzie…

CDN

2 Komentarze

  1. Roksana pisze:

    podziwiam za odwage,moj i jego rodzina czesto nalegaja abym poleciala odwiedzic ich w Pakistanie ale nie mam odwagi, nie ufam im i nie mam zaufania do tego kraju.

    • Katarzyna pisze:

      Ja tez nie ufam rodzicom mojego meZa ogolnie jego rodzinie tez mnie zapraszaja i chca abym przyleciala sama z dziecmi bo maz nie ma wizy ale wole nie ryzykowac itp

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.