para
Mieszane relacje Część 1 Związek dwukulturowy
Luty 27, 2018
ślub
Mieszane relacje Część 2 Związek dwukulturowy
Marzec 27, 2018
Pokaż wszystkie

Mamuśka niezła fucha Epizod 24 Mamą być – sukces czy porażka?

Szósta czterdzieści pięć. Poniedziałek czy piątek? A może sobota?! Nie, w sobotę nie dzwoni ten przeklęty budzik! Sięgam do mojej świadomości i szybko wertuję myśli jednocześnie energicznym ruchem wyłączam budzik. Otwieram szeroko oczy. Moje ciało oporuje, nie chce wynurzyć się z ciepłej pościeli. Myśli w dalszym ciągu skierowane są na krótką drzemkę…Nie zasypiam. Zmuszam się do pierwszych kroków w stronę wieszaka z moim szlafrokiem koloru siwego w brązowe serduszka. Z wyciągniętą dłonią w lunatycznym letargu szukam po omacku klamki od drzwi sypialni. Z oddali dochodzi do mnie przeraźliwe trzaskanie drzwiami od dziecięcych pokoi. Zauważam rażące mnie w oczy światło. Cały korytarz jest oświetlony. Biorę głęboki oddech. Ogromna ulga, dziś nie musiałam być zegarynką, a dzień zaczynać od wspinaczki po schodach…

Pośpieszne kroki po wypukłych stopniach naszych schodów w górę i w dół, przepychanki słowne moich dzieci. Znowu nie mam szans na poranną toaletę. Przepuszczam kolejkę, muszę czekać… Milczę i obserwuję, raz dzieci, raz moje emocje. Nie chcę dopuścić do tego, by znowu wrzeszczeć jak opętana rozstawiając je po kątach tak na „dzień dobry” tak dla zasady i dobrych manier. Opanowuje poranny gniew, oparta o ścianę korytarza z rękami w kieszeni jeszcze na wpół przytomna. Rozglądam się kontrolnie na boki. Kot plącze się pomiędzy moimi nogami pomrukując tak, jakby miska pełna mięsa nie była dobranym menu dzisiejszego poranka. Ostatnie chwile w kieracie i zapada grobowa cisza. Klucz w zamku zazgrzytał, to znak, że zostałam zupełnie sama. Biegnę do łazienki. Mokra posadzka o mało nie pozbawiła mnie życia. Porządnie się wygięłam w kierunku wanny ratując się na wiszącym ręczniku… Uspokajam się wlepiając wzrok na przemoczone misiowate kapcie. Podnoszę głowę i patrzę w lustro, a potem na kran i wokół niego, znowu mam de jawu. Brzegi umywalki wykończone pastą do zębów. Moja mała niespełna ośmioletnia rzeźbiarka pucowała sobie zęby… Rośnie mi ciśnienie mój szlafrok jako pierwszy otarł się o trójkolorową mazie. Wycieram twarz ręcznikiem. Wklepuję witaminowy krem, taki wysokiej jakości na pierwsze zmarszczki…

Na ćwiczenia fizyczne nie mam ochoty, ale na dobrą kawę już tak. Ciągle coś sobie obiecuję i nie potrafię dotrzymać obietnicy składanej każdego poranka. Przewertowałam mnóstwo książek o samodyscyplinie i nic…Takie postanowienia powinny być płatne! Wtedy i zapał do działania byłby większy… Może nie mam konkretnego celu i tak bardzo mi nie zależy? Nie wiem. Snuję się po domu z filiżanką w ręku w niedbale zawiązanym szlafroku ze śladem po tęczowej paście. Patrzę na zegarek i na rozgardiasz w kuchni. Rozsypany cukier na stole. Słoik po dżemie i brudny ze śladami masła nóż, zostawiony na blacie obok okruchów wypieczonej bułki…Słońce wstało razem ze mną. Patrzę na jasne promienie przez zabrudzone od deszczu okna i znowu dopada mnie frustracja gdyż nie tak dawno je myłam. Cisza, a w niej ja i kot. Zwierzak nie odpuszcza tym razem zajął pierwsze miejsce, bo wszyscy już wyszli do szkoły i pracy. Otwieram szafkę i patrze na artykuły spożywcze. Stoję poniekąd załamana nic nie przychodzi mi do głowy. Gołąbki już były, pierogi też, to może pyzy? Rosół? Rosół nie, to głupi pomysł był w niedzielę, a grzybowej nie lubią. Nie chce mi się obierać ziemniaków na kopytka, nie zawsze mi one wychodzą… W końcu wymyśliłam!!! To był mój osobisty sukces, a raczej jego połowa. Nieopisana radość gościła w moim ciele, kiedy już miałam pomysł na obiad. Przygotowuje posiłek spoglądając co chwilę na zegarek. Praca na pół etatu w popołudniowych godzinach ma swoje plusy i minusy, ale chyba jest mniej stresująca niż ta w domu… Pralka daje sygnał końcowego programu, wiruje wydając dźwięki, jak betoniarka, kiedy w swojej paszczy mieli wrzuconą do niej bieliznę.

W całym domu pachnie obiadem. Siadam dumna przy stole w jadalni. Chcę zapalić papierosa, bo zupełnie zapomniałam, że palę. Jeszcze tylko zakupy w przydrożnym sklepiku, bo do supermarketu raczej nie zdążę. Umówione spotkanie w urzędzie. Na poczcie czeka na mnie polecona przesyłka, a w aptece syrop. I wtedy z czystym sumienie mogę iść do pracy zarobić na czynsz… Zmęczona wsiadam na rower. Chce mi się spać, a nie pedałować. Ale rower to najszybszy środek lokomocji w dotarciu do celu. Dumna z sukcesu kucharskiego i dopiętego grafika na dziś dzień zamykam drzwi, mrucząc pod nosem w stronę kota, grzeczne „do później”… Wracam do domu po pracy, na dworze jest już ciemno. Jestem jeszcze bardziej zmęczona niż wtedy, kiedy wsiadałam na rower. Wchodzę do kuchni. Zanim z niej wyszłam lśniła, ale to było zanim wyszłam. Nie chce mi się wrzeszczeć tupać nogami. Może tym razem się popłaczę, ale nie płaczę, bo nikogo moje łzy nie wzruszą. Cały dzień minął i nic dla mnie. Zakurzone książki. Niedokończone artykuły prasowe. Karnet do spa przełożone spotkanie u dentysty, zapomniana wizyta u kosmetyczki… Brak mi godzin, by pobyć ze sobą dla siebie… A więc sukces, czy porażka? To zależy jaką mamą chcesz być? Na ile sobie pozwalasz? Jakie stawiasz granice? Jaka jest Twoja skala opieki nad dziećmi? Ile czasu chcesz sobie podarować…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.