magia
Mamuśka niezła fucha Epizod 4 Szklana kula
Maj 4, 2017
kobieta
Mamuśka niezła fucha Epizod 6 Subtelna uwaga
Maj 16, 2017
Pokaż wszystkie

Mamuśka niezła fucha Epizod 5 Poranna mikstura

kawa

W kawałkach, ale jestem. Poćwiartowana przez życie, z pół oddechem na piersi… Gubiąc się gdzieś po drodze, zapomniałam o sobie, odhaczając każdy dzień w kalendarzu za zaliczony, ale nie przeżyty, tak na sto procent od serca, tak, jak bym chciała naprawdę…
Tego poranka kawa pachniała nieziemsko. Swoim zapachem powalała kwiaty w glinianym wazonie, które stały na blacie kuchennym, obok czajniczka z ziołową herbatą, zaparzoną wczoraj, niedopitą do końca.
Aromat roślin, niczym buteleczka perfum. Rozbita na podłodze w kuchni, o składzie, zerwanych na łące, kolorowych „chwastów”… Woń unosząca się pod sam sufit, dość intensywna, mieszała się z zapachem ziaren kawy. Zmielonych w starym wysłużonym młynku, prezent od babci, który to przyprawiał o zawrót głowy, jednocześnie poruszając kubki smakowe, każdego bez wyjątku, kto tylko był w stanie poczuć aromat tej magicznej porannej mikstury, niczym balsam dla duszy i ciała…
Rytuał w łazience dobiegł końca. Odświeżona fizycznie i duchowo, przekraczałam próg do budzącego się świata…
W salonie, kanapa dosunięta do ściany z każdej strony, obita aksamitnym materiałem. Jednolitą siwizną  importowanej tkaniny, a może, coś bardziej pod kolor, kości słoniowej, sama nie wiem? Miękkie puchowe poduchy, ogromnej kanapy, pozwalały w deszczowe poranki, wtapiać w siebie, moje ciało, prowokując, bym zamknęła powieki, jeszcze na chwilę, nie zważając, że kawa stygnie…Na ławie z solidnego drewna w kolorze ciemnego brązu, filiżanka kawy, bez cukru i mleka, taka mała czarna, smakuje mi najbardziej, kiedy trzymam ją w dłoni…
Najlepiej pije się w ciepłe słoneczne poranki, na zewnątrz domu, gdzie zamiast ścian, otacza cię przyroda. Miękkim z natury i delikatnym w dotyku, szerokim szalem, okrywam swoje ramiona, które czekają na pierwszy promyk, intensywnego ciepła… Ogród, a w nim odrobina natury, schowana gdzieś głęboko, przed aglomeracją miejską w której centrum mieszkałam. No może i racja.

Dom mój znajdował się trochę na uboczu na peryferiach miasta, jaśniej mówiąc, nie w samym środku tajfunu, ale bardzo blisko. Tuż obok zgiełku  nieokiełznanych przechodniów i pisku opon samochodów… W przeciwnym razie o małym podwórku i ciszy, jaka panowała w moim ogrodzie, mogłabym tylko pomarzyć, zapomnieć … Altana pełna kwiatów, które to kwitły  odpowiednio  dla swojej pory roku. Wiklinowy biały fotel ze dwie francuskie kruche bułeczki, najlepiej z czekoladą i coś do czytania. Nie jakiś tam tablet a w nim bezprzewodowy internet, zapchany po brzegi wszystkim i niczym…
Zamiast radia  ćwierkot ptaków, szum liści, dźwięk uderzających o siebie dzwoneczków tańczących na wietrze. Symbol odganiania złej energii, powiadali mędrcy tego świata. W zależności od siły powiewu, dają o sobie znać, raz marnie je słychać, raz intensywnie, niekiedy, nie do zniesienia. Nie są moje, nie wiszą na mojej gałęzi, bym mogła je uciszyć, kiedy tylko potrzebna mi jest uwaga i dobry słuch, na brzęczącej, wokół mnie pszczole…Zamiast wiadomości na szklanym ekranie telewizora, który wisi na białej ścianie w salonie, wygłaszający nie raz i nie dwa spreparowane dla otumanienia widza wiadomości… Wystarczał mi wścibski sąsiad, który wychylał głowę zza płotu, karmiąc swojego królika. Zanim ten słodki długouchy o wadze większej od mojego kota, zdążył się najeść do syta, ja wiedziałam już prawie wszystko… Cała prawda, okolicy w której mieszkałyśmy z dziewczynkami, była w moim posiadaniu…
Na początku robię rundkę, na własnym podwórku, delikatnie stąpając po trawie, bosymi stopami, patrzę na wszystko, co wyrasta z ziemi. Podziwiam piękno narodzin, potem siadam i przeglądam prasę…
Fajnie jest, potrzymać gazetę w ręku, cofnąć się wstecz, wtedy, kiedy byłam jeszcze nastoletnią dziewczyną, pełną marzeń, ufną do granic rozsądku o duszy artysty… Niespełniona w małym mieście, bez szans na lepszą szkołę i studia… Zakładałam wtedy prenumeratę w kiosku ruchu, małym sklepiku, powierzchni zajmowanego placu „metr na metr”, tuż za rogiem, mojego osiedla, a potem, każdy zdobyty egzemplarz, oczekiwany, jak prezent pod choinką, kartkowałam do znudzenia we wszystkie strony, wysysając dosłownie wszystko, każde zdjęcie, każdy artykuł…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.