przyroda
Jezioro Garda – Kemping Bella Italia – Włochy
Styczeń 23, 2020
Pokaż wszystkie

Moc matki to potężna siła

zapach

Poranne promienie słońca dotknęły różowego kocyka, który osunął się na podłogę. Córeczki go uwielbiały. Ja tej nocy nie zmrużyłam oka, ich łóżeczka były puste. Nie wierzyłam, że tak bardzo zignorowałam swoją intuicję, ale było już za późno na analizy. Kolejny telefon do męża, bez odpowiedzi.

Wstałam. Nie interesowało mnie, jak wyglądam, ani to, że na zewnątrz było lodowato. Przydeptałam papierosa i weszłam na komisariat w Antwerpii.

– Jak to, mam wrócić za 48 godzin?! Patrzyli, na mnie i bezradnie wzruszali ramionami. Procedury prawne blokowały mi drzwi, choć byłam w środku.

– Potrzebuje Pani psychologa?

– Nie mam czasu na terapię. Cyniczne echo moich słów odbiło się od zimnej ściany w pokoju przesłuchań.

Wróciłam do pustego domu. Nie potrafiłam czekać wyglądając przez okno, bałam się, że z niego wyskoczę.

– Skup się! – wewnętrzny głos był bardziej przytomny ode mnie. Musiałam coś zrobić. Czułam, że oszaleję. Moje dwie maleńkie miłości były daleko ode mnie, za małe aby rozumieć, że porwał je ich ojciec. Zostałam sama, a czas uciekał. Gorączkowo liczyłam pieniądze i szukałam kontaktu do detektywa. Nic więcej nie mogłam stracić.

– Czekałam na ciebie – spojrzałam w oczy przyjaciółce – proszę, wymów mieszkanie. Ubrania dzieci spakuj i wyślij do Polski, a resztę sprzedaj. Ja nie mam do tego głowy.

Dwa tygodnie później byłam w Pakistanie.

W fioletowym sari, z chustą na głowie, zapukałam do drzwi rodzinnego domu męża. Zaskrzypiały boleśnie, jak moje zranione uczucia.

– Liczna rodzina – pomyślałam stojąc na progu. Poznali mnie i zamarli, jak posągi. I wtedy zobaczyłam dzieci. Serce grzało, kiedy szaleńczo je ściskałam. Pozwolili mi zostać.

Piętnaście kolejnych dni. Tuliłam je przy blasku księżyca, a w słońcu suszyłam pot z czoła, kiedy grałam na scenie życia rolę radosnej kobiety, której można zaufać.

Wreszcie zadzwonił upragniony telefon.

– Wdrażamy plan awaryjny. O 18.00 będę czekał na ciebie za rogiem. Dasz radę.

Spojrzałam na zegar. To już czas! Musimy wyjść z domu, a ja nie mam wymówki. Boże, potrzebny mi cud! Ledwie zdążyłam to powiedzieć, gdy…

– Mamo muszę do toalety!

To był znak! Wzięłam za rękę 2-letnią córeczkę, a pod pachę jej ośmiomiesięczną siostrę. Serce waliło, ciało drżało, ale uśmiechałam się przechodząc obok teściowej. Nie mogłam dać się zdemaskować. Kilka wolnych kroków. Uchylone drzwi wyjściowe, a potem już biegłyśmy do rikszy.

– Go, Go, Go! – krzyknął detektyw. Dotarliśmy na lotnisko, serce zwolniło, a ciało odprężyło, byliśmy bezpieczni.

Nagle, jak rój szerszeni.

Otoczyła nas, rodzina męża i obcy mi ludzie, ponad 20 osób! Wyszarpywali nam dzieci i odcinali wejście na terminal. Nie wierzyłam w to, co widzę. Pomocy!!! Zziajani i ochrypnięci od krzyków, zostaliśmy wepchnięci do środka przez kontrolę lotniska.

Udało się! Wszyscy zostali na zewnątrz, za szybą majaczyły ich twarze, a ja regulowałam oddech.

– Nigdzie nie lecimy, jest mgła, odwołali loty! Detektyw zagryzał wargi. Mąż był w Belgii, a ja i tak drżałam z obawy, że odbiorą mi dzieci na zawsze.

– Proszę Pani, prosimy do odprawy.

Samolot wystartował. Płakałam, a każda łza była umową dla mnie i ze mną.

Dotrzymałam obietnicy danej sobie 17 lat temu. Nikt nigdy nas nie rozdzielił.

– Kochanie jesteś pełnoletnia, a twoja siostra za kilka miesięcy. Możecie same zdecydować, czy chcecie odwiedzić tatę…?

Dziś pomagam ludziom odnaleźć ich zaginione wewnętrzne dzieci i zabierać je tam, gdzie ich miejsce, do kochającego, bezpiecznego domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *