zamieszanie
Czterdzieści jeden i pół Rozdział 4 Skondensowane myśli
Październik 7, 2017
okulary
Czterdzieści jeden i pół Rozdział 6 Obywatel moralności
Październik 20, 2017
Pokaż wszystkie

Czterdzieści jeden i pół Rozdział 5 Karimowe przeszpiegi

lot

Wspominając już zamierzchłe czasy. Karim pomimo opuszczenia naszego domu z wielkim hukiem, nie dawał za wygraną. Pojawiał się, jak nocna zmora w miejscach w których od czasu do czasu bywałam. W klubie nocnym patrzył na mnie zawistnym wzrokiem, przeplatanym chęcią pożądania. Znałam jego spojrzenie. Potrafiłam sczytać z jego twarzy stan emocjonalny w jakim się znajdował w trybie niemalże natychmiastowym. Biedaczyna, nie potrafił darować sobie porażki. Głupie pomysły chodziły mu po głowie. Opłacał i wysyłał za mną szpiegów, by znać każdy mój ruch. Sytuacja była, jak dla mnie cholernie uciążliwa, ale cierpliwie czekałam, kiedy sobie odpuści, a wokół mnie zapanuje ponownie wolna przestrzeń. Nie spodziewałam się, że będzie z niego taki „pies ogrodnika”, kiedy zapadnie wyrok sądowy określający prawa i obowiązki dotyczące naszych dzieci oraz odnośnie wspólnych relacji nas samych. Sam nie miał już do mnie dostępu, ale nadal z uporem maniaka pilnował mnie, jak starszy brat. Nie wiem, na co tak naprawdę jeszcze liczył? Jak dla mnie, nasza gruba księga wspólnego życia, została zamknięta definitywnie! Raz na zawsze, bez konieczności kartkowania jej ponownie.

– Nigdy więcej!!! Taką obietnicę złożyłam sobie, kiedy to zbiegłam ze schodów budynku sądowego.

To był koniec dawania Karimowi kolejnej i kolejnej, i kolejnej szansy. Miał już swoje pięć minut, a nawet pięć tysięcy minut. Nie zrobił z nimi dosłownie nic… Nie było już czego zbierać i sklejać do kupy. Musiał to wreszcie zrozumieć i dać sobie spokój. Czasami jest po prostu za późno cokolwiek odwracać. Egzamin z życia oblany, bez szansy na poprawkę.

Karim walczył długo o powrót do domu, aż w końcu poległ na polu walki. Indywidualnej walki. Nie dostał orderu za swoje zasługi, a tylko wewnętrzne rozczarowanie i nieuniknione poczucie klęski. Niczego nie wskórał, ani też nie przestraszył mnie swoimi pogróżkami typu „nie będziesz ze mną, nie będziesz z nikim”. Nędzne były te jego podboje. Miałam się jego przestraszyć? Czy ludzi siedzących na zmianę w samochodzie pod moim domem lub sterczących za moimi plecami na przystanku autobusowym? Co ma być, to będzie? – myślałam sobie zaciągając żaluzje.
Czy go jeszcze wtedy kochałam? Czy tylko zostało mi po nim przyzwyczajenie, jak do mojego kota? Sama chciałam to wiedzieć.

Każdą miłość interpretuje się w inny sposób i trudno jest zadać sobie takie pytanie, a potem na nie odpowiedzieć. Nawet, jak się kogoś kocha, nie wolno sobie pozwolić na brak szacunku z jego strony, kłamstwa, wyzwiska i lekceważenie… Trzeba rezygnować z takiego partnera mimo silnych uczuć. Wybiegając w przyszłość i tak nic z takiej relacji nie wyniknie, a tylko stracony czas i mnóstwo nerwów, wyniszczających organizm, jak chemia w szpitalu. A przecież samo życie poprzez różnego rodzaju sytuacje planowane i nieplanowane zdarzenia, dokładnie nam to pokazuje tylko trzeba umieć patrzeć…
Pan Ambroży, podjadał nerwowo ze swojej kieszeni upchane w niej rzodkiewki. Patrzył z zaciekawieniem na wszystko, co się wokół mnie dzieje. Ja też chrupiąc, nie rzodkiewki, a paluszki solne zastanawiałam się, co przyniesie mi kolejny dzień…

Kiedy zabrakło na mojej liście kandydatów na potencjalnego tatusia moich córeczek i na godnego sobie partnera w charakterze bardziej przyjaciela niż kochanka. Kogoś z kim mogłabym usiąść przy jednym stole i uczciwie porozmawiać o emocjach i problemach dnia codziennego, z którym mogłabym się śmiać i płakać. Przenosić góry i kraść konie. Taki facet na dobre i złe… Jak już wszystko przeanalizowałam, to w rezultacie mina mi zrzedła. Na rynku pełnym facetów, nie było nic dla mnie. Chyba za bardzo podniosłam porzeczkę własnych potrzeb i wymagam zbyt wiele od życia? Może naoglądałam się romansideł taniej produkcji i w głowie mi się trochę przestawiło? – myślałam sobie podlewając moje roślinki w salonie.
– Co jest ze mną, nie tak? Czyżby Pan Ambroży za nadgorliwie mnie pilnował?! Segregował moje myśli, aż tak skrupulatnie? Które były spowodowane doświadczeniem, jakie miałam już za sobą w wyborze partnera, że zapewne bałam się otworzyć całą sobą na nowy związek? Stąd ten zamęt w mojej głowie. Ryzykować złamanym sercem, rozczarowaniem? Dając nowej znajomości szanse na jej rozwinięcie. Nie wiedziałam, co jest na rzeczy? Och, jak ja nie lubiłam tych myśli Ambrożego!
Upłynęło trochę czasu. Nie szukałam na siłę… Potencjalny partner wyrósł, jak grzyb po deszczu. Postanowiłam spróbować, a może zaryzykować? Spotykaliśmy się jakiś czas, ale nie ubyło przy tej naszej znajomości zbyt wiele kartek z kalendarza. Poznawałam jego wady i zalety… Nie pokochałam go od razu, ale zaangażowałam się większą połówką mnie w tą relację, tak nakazywał mi Pan Ambroży zawsze ostrożny. Miałam traktować tę znajomość z lekkim dystansem i nie robić sobie większych nadziei. Tak też zrobiłam. Jakiś czas później facet zniknął. Opuścił miasto w którym mieszkałam w poszukiwaniu większych zarobków. Od tej pory nasze randki odbywały się przez ekran komputera. Trwało to jakiś czas te nasze wirtualne pocałunki. I ta jego podróż do mnie abyśmy mogli spotkać się fizycznie. Jechał i jechał i nie mógł dojechać. W końcu znudziło mi się czekanie na niego i skończył się nasz związek na odległość. W dodatku facet nie zdążył się jeszcze rozwieść, co w ogóle nie było mi na rękę, i mimo zapewnień z jego strony, że jego żona to już przeszłość… stawiało mnie to pod ścianą, na której wisiał duży znak zapytania, a pod nim na sznurku dyndające pytanie i to nie jedno. Kiedy ma zamiar to zrobić? Ile jest prawdziwej prawdy w jego opowieściach…?
Nie chciałam bawić się w detektywa. Takie działanie z mojej strony, nie miałoby najmniejszego sensu, ślubu z nim nie brałam. Natomiast przerabiałam już taki scenariusz z moim Karimem, szkoda czasu, energii i pieniędzy. Zajęty facet, czy był on ze mną szczery, czy też nie, to i tak niewielkie miał szanse. Nie lubię wchodzić do czyjegoś domu z butami pełnymi błota, by pobrudzić ich dywan na który wspólnie pracowali. Co innego, kiedy własny mąż wyjeżdża daleko od domu, w poszukiwaniu godnego zarobku, ale kochanek to inna bajka. Nie jestem zwolenniczką związków na odległość, a w szczególności z facetami, którzy przekładają wszystko na jutro, czyli dla mnie na nigdy. Podziękowałam mu serdecznie za fajne momenty z historii naszego krótkiego romansu i kulturalnie usunęłam go ze Skype, tak na wszelki wypadek, by mnie nie kusił… Potrzebowałam kogoś fizycznie tuż obok siebie…

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.