okulary
Czterdzieści jeden i pół Rozdział 6 Obywatel moralności
Październik 20, 2017
love
Czterdzieści jeden i pół Rozdział 8 Paseczek przeznaczenia
Listopad 11, 2017
Pokaż wszystkie

Czterdzieści jeden i pół Rozdział 7 Kobiecość bez granic

sweter

Wiele komicznych sytuacji przydarzało mi się po drodze do szczęścia. Pozytywnie zakręcone momenty z facetami. Pełne uniesień i nieprzewidzianych zwrotów akcji. Ale były i takie sytuacje, kiedy zwalało mnie totalnie z nóg. Patrzyłam wtedy w lustro, gdzie odbijała się w nim postać damy na wybiegu. Wciąż samotna z marzeniami w kształcie ziemniaka zaciśniętego w dłoni, taki symbol nadchodzącej pory obiadu. Nawet dostałam w prezencie ładowarkę do akumulatorów, bo mój przygodny partner z którym spotykałam się od czasu do czasu, przez krótki okres. Och, te krótkodystansowe związki. Niekiedy były meczące… Uznał, że skoro potrzebuję takiego urządzenia w postaci ładowarki na baterie, taki dodatek do mojego aparatu fotograficznego, to z pewnością będzie to bardzo trafny, a zarazem praktyczny, wręcz wymarzony prezent na moje urodziny. Nie wiem, dlaczego wpadł na taki pomysł, i jak w ogóle na niego wpadł?! Może w trakcie naszych wielogodzinnych rozmów w większości przez telefon, powtórzyłam się kilka razy o potrzebie zakupu akumulatorów, tak po prostu, bez znaczenia, bo chciałam amatorsko po fotografować w plenerze. Czasami plotłam coś aby po prostu pleść i nie zawsze wychodziło mi to na dobre. Gdybym miała ogromną potrzebę posiadania takiej ładowarki to zapewne byłaby już w mojej szufladzie. Może wsłuchiwał się w moje głośne myśli bardzo dokładnie? Bardziej niż ja w jego. Wyciągał własne wnioski z naszych rozmów, a potem je realizował. Może jeszcze robił notatki moich potrzeb? Sama, nie wiem? Tak czy siak, prezent to prezent i nie powinnam wybrzydzać, jak rozkapryszona lala. Ale co ja na to poradzę? Guzik mnie obchodziły jego dobre intencje. Miałam prawo do swoich emocji, które trzymałam na uwięzi dopóki mój pomysłowy rycerz nie zatrzasnął mosiężne wrota z drugiej strony, opuszczając mój zamek.
Pamiętam ten moment mojej irytacji, jakby wszystko wydarzyło się dzisiaj. Rycerz stanął na progu pomiędzy korytarzem, a moim salonem, wahał się wejść do pokoju. Wyciągnął rękę w moim kierunku. Kwiaty też chyba przyniósł, nie pamiętam. Nie zarejestrowałam tego faktu. Byłam w szoku! Po chwili, trzymałam w ręku ładowarkę, nawet nie zapakowaną w jakikolwiek papier z kokardką, czy włożoną choćby w torebkę przeznaczoną na upominki. Rozumiem, nie każdy ma talent w tej dziedzinie, ale wyglądał ten mój prezent tak, jakby dopiero co opuścił stoisko w Media Markt. Spojrzeniem zawieszonym na jego muskułach niczym z migrenowego stanu, przyjęłam prezent. Nie wypadało odmówić. Szkoda mi było rycerza, który pełen nadziei w oczach, że udało mu się zadowolić księżniczkę spełniając jej kolejne marzenie, czekał na dziękczynny pocałunek. Posłusznie wyczuwając jego intencje. Z dobrą miną do złej gry dotknęłam rycerskich ust. Ale nie ustałam długo w takiej pozycji, bo chyba bym go pogryzła… Odsunęłam swoje wargi od jego ust tak szybko, że rycerz nawet nie zorientował się, że go właśnie pocałowałam. A może nie miało to nic wspólnego z pocałunkiem dziękczynnym dwojga ludzi, którzy próbują być razem. Takie emocje w dzień urodzin nie były do przyjęcia na trzeźwo. Otworzyłam szampana, gdzieś miałam tort i świeczki…
Myślałam, że się wtedy popłaczę z rozczarowania, przez te urodzinowe baterie. Brakowało tylko reklamówki z logo firmy, a w niej paragonu i prezent byłby całkiem kompletny! Biedak chciał mnie uszczęśliwić i go w pełni rozumiem, albo nie rozumiem? Ale niestety, nie trafił. W tym wypadku wystarczyłaby symboliczna różyczka, by zabłysnął w moich oczach, a on głupim prezentem, wszystko schrzanił…Takie prezenty urodzinowe to nie dla mnie. Z całym szacunkiem dla mojego adoratora, ale nie popisał się swoim pomysłem. Szczere intencje to jedno, a coś w rodzaju delikatności stosownych prezentów na taki dzień, to drugie. W zwykły szary poranek zapewne taki prezent sprawiłby mi radość, ale nie wtedy…
Spędzane w większości samotne wieczory dawały mi czas na analizę moich kontaktów z mężczyznami. Czasem odnosiłam wrażenie, że występuję w jakimś cyrku, albo jestem w jakiejś ukrytej kamerze? A może ktoś bez mojej wiedzy kręci o mnie reportaż pod tytułem „ Bardziej kobieca nie będziesz” o dziwnym wątku szaleństwa współczesnej kobiety bez granic…

Dochodziłam do wniosku, że uroda nie jest do końca tak ważnym czynnikiem scalającym obie płcie. Choć nie narzekałam na swój urok osobisty. A mimo tego zaczynałam wątpić w jej działanie. Uroda nie była decydującym aspektem na poderwanie odpowiedniego faceta jej udział miał znikome znaczenie, ale czasem po mistrzowsku ratowała z głupich wpadek. Za sznurki według mojej własnej dedukcji pociągała podświadomość. Mentalne uwarunkowanie… Taka nie widzialna gołym okiem energia, która stawiała na mojej drodze takich, a nie innych mężczyzn, przyciągając do mojego życia określone zdarzenia kompatybilne z moimi myślami, które sama zapewne zupełnie nieświadomie strzegłam, jak cennego eliksiru na wieczne bogactwo duchowe abym tylko, nie uświadomiła sobie ich działania w świecie rzeczywistym. Coś we mnie wibrowało i jakieś miałam ukryte potrzeby, że ciągnęło mnie do takiego pokroju adoratorów?
Po prostu, takie wyciągałam wnioski, przeszukując moją wewnętrzną bazę danych z całkowitym poparciem Ambrożego. Któremu pozwoliłam na to, by znowu przemawiał do mnie ludzkim głosem.

Worek spostrzeżeń na własny temat zaczynał mi się wysypywać prosto pod moje nogi. Wnioski za wnioskami. Nie nadążałam wszystkiego zapisywać w notesie, by po głębszym oddechu już na spokojnie i bardziej skrupulatnie, analizować moje bazgroły, bez zbędnych emocji. Huśtawka nastrojów to dobre określenie stanu, jaki miewałam, a do menopauzy było jeszcze daleko, aby móc oskarżyć ją o całkowite rozregulowanie umysłu.
Analiza samej siebie zapisana na kartce papieru, czy w notesie nie ważne gdzie. Wyskrobana na drzewie, zapisana pomadką na lustrze, zawsze zostawia ślad i pozwala na szersze pogłębianie tematu własnych potrzeb. Nic wtedy nie umyka uwadze, pytania rodzą odpowiedzi… Taki właśnie miałam sposób. Skąd go wzięłam? Zawsze lubię mieć pewne informacje zapisane na papierze. Nawet zakupy w dobie androidów zapisuję na kartce papieru. To taka pewna inwestycja, że nic nie umknie mojej uwadze, co najwyżej mogę zgubić brudnopis.
Czego mogłam być pewna? To tego, że patrząc z perspektywy lat, mój pogląd na wiele spraw uległ zmianie, a wzrok z racji trzydzieści siedem i pól wyostrzył. Tak zgadza się to nie pomyłka. Zaczynałam moje podboje trochę wcześniej, zaraz po rozstaniu się z moim mężem, właśnie w tym wieku. Nie byłam za młoda, ale i za stara też nie. Nikt do tej pory, nie określił skali wiekowej na miłość. Taka tabela nie istnieje, a jeśli gdzieś jest widoczna to tylko w głowie pełnej ograniczeń. Nigdy nie jest za późno na takie uczucie, a ja przecież do zakonu, nie wstępowałam…
W końcu zmęczona swoimi wywodami i koncentracją na płci męskiej. Wyczołgałam się resztkami sił z takich obserwacji. Apokaliptycznych wizji związków partnerskich. Jednogłośnie ja i Ambroży uznaliśmy, że oboje odpuszczamy! Odpoczynek na „bezludnej wyspie” dobrze nam zrobi…

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.